Za czym kolejka ta stoi?

Kolejka na pozór jest dobrym wynalazkiem, wynikającym z ludzkiej potrzeby sprawiedliwości. Kto przyszedł pierwszy, ma otrzymać to, po co przyszedł wcześniej, niż ten, kto przyszedł po nim. Teoretycznie brzmi dobrze. I sprawiedliwie. W praktyce bywa różnie. Im liczniejsza kolejka, tym gorzej.

Nie znoszę kolejek. Dzieciństwo i wczesną młodość spędzałem w peerelu, więc teoretycznie powinienem podchodzić do faktu ich istnienia z luzem, z dystansem, a nawet z pewnym sentymentem, okraszonym westchnieniem, że dziś to takich kolejek już nie ma, że teraz to malizną wszystko pachnie, że kiedyś to były kolejki. Się stało w ogonkach. Nierzadko wielogodzinnych. Stało się po mleko, chleb i coś do chleba. Stało się w spożywczym, w piekarni, w masarni (wpiszcie se w guglach, jeśli nie wiecie, że masarnia to nie jest dawna nazwa fitness klubu). Stało się też przed kioskiem w kolejce po gazety (tak, tak, to też bywał towar deficytowy).

Pamiętam, że parę razy w życiu zdarzyło mi się odstać swoje w tzw. żelaznym (były takie sklepy – coś w rodzaju dzisiejszych home and coś tam). Stałem tam w kolejce po garnki emaliowane i takież wiadra oraz inne cenne przedmioty codziennego użytku, które akurat „rzucono na sklep”. Stałem też w kolejkach po buty, po ubrania i po książki. Kolejki ustawiały się po wszystko, bo wszystkiego brakowało, wszystko było towarem deficytowym. Nagminne były sytuacje, że ze sklepu przynosiło się coś innego, niż to, za czym się stało. Po dojściu do lady klient brał to, co zostało.

W kolejce miałem mnóstwo czasu, aby obserwować zachowania innych osobników, których zmuszono podobnie jak mnie do owego stania w rządku. Część stała grzecznie, część przestępując z nogi na nogę, przeklinała prawdziwych i wydumanych winnych. Dość spory odsetek kombinował, jak przechytrzyć resztę, jak się przepchnąć, ominąć bokiem, zagadać do sąsiada, który stanął znacznie bliżej lady i już obok niego zostać. Regularnie wybuchały spory, które zaczynały się od bojowego okrzyku: „Pani tu nie stała!” ewentualnie „Pan tu nie stał!”.

Najgorsze ludzkie przywary wychodziły na wierzch. Bezczelność, cwaniactwo i chamstwo – te cechy wygrywały w wyścigu o lepsze miejsce w kolejce. Wielu w myślach fantazjowało, jak omija problem, wchodząc od zaplecza i nabywając towar „spod lady”, albo bezpośrednio idzie na początek kolejki, bo jest kobietą brzemienną, kombatantem walki o wolność i demokrację bądź uprzywilejowanym funkcjonariuszem państwowym. Ale byli też tacy, którym mimo wszechobecnego kolejkowego amoku udawało się zachować godność. Nie parli taranem do przodu, nie deptali po sąsiadach, pomagali, uśmiechali się. Potrafili jednym słowem, czasem serio, czasem żartem uciszyć agresywnych kolejkowiczów. Dawali przykład, że można inaczej, że można bez warczenia i szczekania przeciwstawić się kolejkowym obyczajom. Było ich niewielu, ale zdarzali się. Prawie w każdej kolejce. Patrzyłem na nich z podziwem. Imponowali mi.

Gdy dziś po latach dopada mnie konieczność ustawienia się w jakiejś kolejce (rzadziej) lub gdy muszą tkwić w korku (częściej), natrętnie powraca do mnie smutna jak pusty hak w mięsnym myśl, że przypuszczalnie znaczna część tych ludzi, którzy tak mi imponowali, odeszła bezpotomnie. Za to ci, co umieli przepchnąć się, przycwaniaczyć, powrzeszczeć odnieśli sukces reprodukcyjny.

jeden z drugą :/