Wystarczyłoby, żebyśmy się nie musieli wstydzić

Jeszcze kampania wyborcza na dobre się nie rozkręciła, a ja już mam tego serdecznie dość. Chciałoby się napisać, że najchętniej człowiek pojechałby w Bieszczady (pojechał, nie poleciał – podkreślam), ale trzeba uważnie z takimi żartami, bo nawet to dla różnych misiów o małym rozumku może być powodem do wciśnięcia mnie w szufladkę i ogłoszenia, że jestem za jakąś partią lub jakiejś partii przeciw, że jestem kretem tych lub pogrobowcem tamtych, zaplutym karłem reakcji lub/i prowokatorem sił wrażych. A to dopiero początek.
 
Jestem naiwny, ale są granice tej naiwności. Tak mnie się przynajmniej wydaje. Nie spodziewałem się plejady nowych twarzy, ciekawych programów i szermierczych popisów w pojedynkach na argumenty. Zawsze tak było, że na początku kampanii do parlamentu wielu opadały maski i wielu pokazywało, że idee, o których tak żarliwie mówili, muszą iść na urlop, gdy do gry wkracza realpolitik i miejsca na listach. Ale aż tylu zgranych do cna kabotynów i ich pociotków, tylu chytrusów dukających banały, podkładających sobie nogi i świnie, to się nie spodziewałem. A w każdym razie nie spodziewałem się, że oni tak wszyscy wysypią się naraz. Myślałem, że ktoś przytomny zadba, aby nam ich dawkowano, skoro już w celach wyborczych pokazywać trzeba. Bo to naprawdę trudno zdzierżyć, a do 13 października zostało jeszcze naprawdę bardzo dużo czasu.
 
Chciałbym wierzyć, że u źródeł tego żenującego festiwalu leży przekonanie, że masowe poparcie wymaga schlebiania masowym gustom i upodobaniom, wymaga przekazu powszechnie zrozumiałego, a nie przekazu elitarnego. Ale obawiam się, że moja wiara ma kruche podstawy. Wydaje się, że spora część walczących o poselsko-senatorskie dolce vita ma wyborców za głupków i do takich, w ich mniemaniu niezbyt mądrych osób, kieruje swój przekaz. Obawiam się też, że równie spora część kandydatów, pchając się do gmachu na Wiejską, nie dostrzega swoich niedostatków kompetencyjnych. 
 
Niby nie powinienem się dziwić, bo to w sumie nic nowego, ale fakt, że tak liczne grono tzw. polityków traktuje mnie jak głupka, z biegiem lat coraz bardziej mi doskwiera. Wkurza mnie, że nawet nie chce się im profesjonalnie mnie ocyganić, zareklamować siebie z sensem, pozwolić mi choć przez chwilę wierzyć, że może akurat im uda się dwie, trzy, a może cztery z dziesiątek swoich obietnic spełnić. Ja naprawdę nie wiążą z większością z Was dużych nadziei. Nie mam dużych oczekiwań. Właściwie wystarczyłoby, żebyśmy się nie musieli wstydzić, że najwięcej pomyłek do Sejmu i do Senatu dostało się z naszego okręgu. 
 
Jeden z Drugą;)