Wszystko może się jeszcze na coś przydać

Mój świętej pamięci dziadek potrafił naprawić niemal wszystko za pomocą śrubokręta i kombinerek. Czasem, gdy sytuacja była już naprawdę beznadziejna sięgał po broń ostateczną, czyli lutownicę, która miała moc większą niż czarodziejska różdżka Harrego Pottera. Trzymał ją w piwnicy razem z niezliczoną ilością wszelkiego rodzaju śrubek nakrętek i mnóstwa drobnych części, które był w stanie dopasować do dowolnego wyprodukowanego w tamtych czasach urządzenia użytku domowego. Pamiętam, że gdy dziadek coś naprawiał wolno mi było się przyglądać, ale w całkowitej ciszy z odpowiedniego dystansu, żeby nie psuć dziadkowej koncentracji. Patrzyłem na kolejne czynności dziadka z podziwem i napięciem, czekając aż naprawiany sprzęt w magiczny dla mnie sposób znów zacznie działać.
 
Dzisiaj mojego dziadka określano by mianem złotej rączki. Gdy byłem mały, był on po prostu zwyczajnym chłopem, który raczej z konieczności niż z zamiłowania nauczył się reperować domowe sprzęty. Nie różnił się pod tym względem od swoich sąsiadów czy kolegów z pracy. Każdy w piwnicy czy na strychu miał w owych czasach podobne pudełeczka i skrzynki z wszelkiego rodzaju narzędziami. Dziadek nie miał ani większej niż inni wiedzy technicznej, ani zdolności majsterkowicza. Żył po prostu w miejscu i czasie, w którym zwykły mikser, był obiektem westchnień i oznaką luksusu. Luksusu, którego się nie wyrzucało, gdy się popsuł, ale naprawiało tak długo, jak było to możliwe. A gdy możliwe być przestawało, sprzęt nie trafiał na śmietnik, tylko był starannie rozbierany na części pierwsze, które z kolei trafiały do pudełeczek w piwnicy „bo mogą się jeszcze na coś przydać”.
 
Ludzie byli wówczas inni, ale i jakość sprzętu była inna. Kultowe odkurzacze marki Predom Zelmer nie miały funkcji prania dywanów, ani specjalnych filtrów wyłapujących roztocza i alergeny. Były za to praktycznie niezniszczalne, a nawet gdy się zepsuły, można je było naprawić w domu przy użyciu prostych narzędzi.
 
Niestety potem producenci zorientowali się, że robienie solidnego sprzętu im się nie kalkuluje. Dużo bardziej zyskowna jest produkcja urządzeń tanich i marnej jakości, których nie opłaca się lub nie da się naprawić. Od lat mówi się, że wielkie koncerny celowo produkują różnego rodzaju urządzenia, tak aby psuły się kilka miesięcy po upływie okresu gwarancji. Baterie w telefonach komórkowych po roku użytkowania rozładowują się po godzinie i coraz częściej nie da się ich wymienić na nowe. Komputery po kilku latach nie nadają się nawet do gry w pasjansa, a silniki samochodowe rozsypują się po przejechaniu odpowiedniej liczby kilometrów.
 
Nie są to opowieści dla miłośników teorii spiskowych, ale najprawdziwsza prawda. 3 lipca Parlament Europejski zapowiedział, że zwróci się do Komisji Europejskiej o opracowanie przepisów, które zmuszą producentów do zaprzestania procederu sztucznego skracania cyklu życia produktów. Europosłowie chcieliby też, aby producenci zwiększyli dostępność części zamiennych do sprzedawanych urządzeń oraz ułatwili możliwości ich naprawy.
 
Rzadko kibicuję unijnym urzędnikom, ale w tym przypadku ściskam za nich mocno kciuki. Dziadek miał rację twierdząc, że nie należy niczego spisywać na straty, bo wszystko może się kiedyś na coś przydać. Okazuje się, że dotyczy to nawet Parlamentu Europejskiego. Kto by pomyślał?
 
trzeci z czwartą:)