Witamy na tym świecie

Zważyć, zmierzyć, ponumerować, zarejestrować, zaszufladkować. Ludzki padół wita nowo narodzone dzieci łzami szczęścia rodziców i uśmiechem położnych, ale już za progiem na maluchy czai się biurokracja. Najpierw szpitalna. Wpisuje wagę, wzrost, punktację w skali Apgar. Dwa celne wkłucia i ponownie do mamusi. Dane nowego obywatela trafiły do kartoteki. Machina ruszyła. Trzeba trochę odczekać, terminy urzędowe to terminy urzędowe, a potem biegusiem do Urzędu Stanu Cywilnego. Z prawej referat zgonów, z lewej urodzeń, pośrodku maszyna do pobierania numerków. Pobierasz. Siadasz. Czekasz.
 
Na tablicy ogłoszenie, że prezydent miasta jest tak zadowolony z faktu, iż urodził się nowy obywatel, że wyśle noworodkowi list gratulacyjny oraz body. Poniżej drobna uwaga wskazująca, że list i body otrzymają tylko te maluchy, których rodzice są zameldowani w tym mieście. Pozostałym noworodkom owe wspaniałe prezenty nie przysługują. Nie ma zgody na wydawanie pieniędzy miejscowego podatnika na dzieci kobiet z innych miast i gmin. Nie brzmi to elegancko, ale mieści się w polityczno-urzędniczej pragmatyce. Przecież te kobiety nie będą głosować w wyborach samorządowych tu, tylko w tych pipidówkach, z których przyjechały rodzić do miejscowego szpitala.
 
Trochę żal, że obok ogłoszenia nie wywieszono wzoru body. Nie wiadomo, czy zostało ozdobione logo miasta, hasłem „Miasto ogrodów”, a może nawet wizerunkiem prezydenta. Jako nietutejszy nigdy się nie dowiesz, jak wygląda to, co się twojemu dziecku nie należało. Ale jak to mówią: czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Poza tym dzięki rozważaniom na temat wyglądu body od włodarzy miasta czas płynie nieco szybciej. Wyświetla się twój numerek. Idziesz. Mówisz, po co przyszedłeś. Wracasz, żeby jeszcze rytualną chwilunię odczekać, ponownie idziesz na wezwanie pani urzędniczki i otrzymujesz ten kluczowy dla pozostałych czynności dokument – akt urodzenia dziecięcia. 
 
Wkładasz ten niezwykle cenny papier do teczki, mówisz z ulgą „do widzenia” i ruszasz w dalszą drogę. Trzeba powiadomić pracodawcę swojego i matki malucha, no i zgłosić do ZUS-u. Droga biegnie szybciej, dzięki rozważaniom, czy ZUS będzie jeszcze istniał, gdy maleństwo osiągnie pełnoletniość, czy też nie. Kserujemy, skanujemy, tu kwitek, tam dwa, podpis, parafka, macierzyński, okolicznościowy. 
 
Do przychodni już nie zdążysz, ale luzik. Masz przecież dwa dni urlopu z tytułu narodzin dziecka. Następnego dnia przychodnia lekarzy rodzinnych, kolejne kwity, kolejne podpisy i stanowcze polecenie, że za trzy tygodnie mały obywatel musi się zgłosić tu, za sześć tygodni tam. No i jeszcze przypomnienie, że w NFZ malucha trzeba zgłosić celem otrzymania plastikowej karty. Ale proszę tam nie biec na złamanie karku. Co najmniej tydzień trzeba odczekać.
 
Nie musisz spędzać bezczynnie tego tygodnia. Jeśli chcesz i możesz zostać beneficjentem programu „Rodzina 500+”, musisz zgłosić się do Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej. Tam jest prawdziwa kolejka. Jest głośno i nerwowo. Część potencjalnych beneficjentów nie wytrzymuje napięcia i mocno niepochlebnie wyraża się o autorach formularzy oraz o władzach wszystkich szczebli. Gdy docierasz już do właściwego okienka, twoim oczom ukazuje się nalepiona na szybie kartka. Na każdym okienku wisi taka sama o identycznej treści: Kodeks karny, art. 226. § 1: Kto znieważa funkcjonariusza publicznego w związku z pełnieniem obowiązków służbowych, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku. No cóż, witamy na tym świecie.
 
Jeden z Drugą;)
źródło foto:pixabay.com/CC0