Tracą wszyscy poza oszustami

430 mld zł – nawet tyle wg niektórych szacunków może wynieść w tym roku wartość szeroko rozumianej szarej strefy w polskiej gospodarce. W ocenie Najwyższej Izby Kontroli stanowi ona jeden z głównych hamulców rozwoju naszego kraju. 
 
Jak przyznają autorzy raportu NIK udział szarej strefy w gospodarce jest w Polsce wyższy od średniej unijnej. Jednak szacunki dotyczące jej rozmiarów znacznie różnią się między sobą z prostego powodu: szara strefa jako zjawisko pozostające w ukryciu, trudno jest precyzyjnie zmierzyć i policzyć, a jeszcze trudniej z nim walczyć.
 
Jedno jest pewne, szara strefa wpływa negatywnie nie tylko na budżet państwa ze względu na nieodprowadzanie przez nieuczciwych przedsiębiorców należnych podatków i innych danin publiczno-prawnych, ale również na funkcjonowanie całej gospodarki i konkurencyjność uczciwych firm.– Podmioty działające w szarej strefie poprzez unikanie płacenia podatków czy niezachowywanie norm jakościowych stają się bardziej konkurencyjne od firm rzetelnie wywiązujących się z danin publicznych oraz z innych obowiązków – czytamy w raporcie NIK. 
 
Jedna piąta gospodarki
Autorzy raportu przytaczają różne szacunkowe dane dotyczące wielkości szarej strefy w Polsce. Zgodnie z wyliczeniami GUS stanowiła ona w 2014 roku 13,3 proc. gospodarki, według firmy badawczej EY Polska 12,4 proc. Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową oszacował jej rozmiary na 19,5 proc., a wg szacunków prof. Friedricha Schneidera, uznanego w Europie badacza tego zjawiska, szara strefa stanowiła w 2014 roku 23,5 proc. całej polskiej gospodarki.
 
Badania naukowca z Uniwersytetu w Linz cytowane w raporcie NIK wskazują, że szara strefa w naszym kraju stopniowo się kurczy – w 2015 roku odpowiadała za 23,3 proc. gospodarki, rok później za 23 proc. a w tym roku wyniesie 22,2 proc. To z pewnością pozytywna wiadomość, jednak owe 22,2 proc to ok. 430 mld zł. Kwota ta wystarczyłaby np. na sfinansowanie programu „Rodzina 500 plus” przez 20 lat. 
 
Uszczelnienie systemu
Ograniczeniu szarej strefy mają służyć rozwiązania wdrożone w tym roku przez resort finansów. Chodzi m.in. o tzw. „pakiet uszczelniający VAT”, powołanie Krajowej Administracji Skarbowej czy obniżenie limitów transakcji gotówkowych. 23 czerwca podczas wystąpienia na XII zjeździe Klubów Gazety Polskiej w Spale wicepremier, minister rozwoju i finansów Mateusz Morawiecki stwierdził, że dzięki uszczelnieniu systemu podatkowego, w pierwszym pełnym roku reformy skarbowej do budżetu wpłynie dodatkowe 20 mld zł, czyli tyle, ile w ubiegłym roku trafiło do naszego kraju z funduszy unijnych.
 
Nawet jeżeli te zapowiedzi się potwierdzą, dotyczą one tylko sfery podatkowej, a więc jednego segmentu szarej strefy. Drugim jest rynek pracy, gdzie walka z tym zjawiskiem jest równie trudna lub nawet trudniejsza. Z badania „Shadow Economies in the Baltic Sea Region” przeprowadzonego przez Lithuanian Free Market Institute wynika, że całkowicie lub cześciowo „na czarno” w naszym kraju pracuje ok. 2 mln osób. Tylko cześć z nich nie posiada żadnej umowy. Ponad połowa jest zatrudniona zupełnie legalnie, ale część wynagrodzenia otrzymuje „pod stołem”. 
 
Syndrom „pierwszej dniówki”
Sposobem na ukrócenie zatrudniania pracowników bez żadnej formalnej umowy mają być wprowadzone we wrześniu ubiegłego roku zmiany w przepisach dotyczące tzw. „syndromu pierwszej dniówki”. Wedle nowych zasad pracodawca ma obowiązek podpisać z pracownikiem umowę przed dopuszczeniem go do pracy. Wcześniej musiał to zrobić najpóźniej do końca pierwszego dnia pracy. Zapis ten pozwalał pracodawcom na odwlekanie formalności, a w przypadku kontroli na uniknięcie odpowiedzialności za zatrudnianie „na czarno”. Wystarczyło, że podczas kontroli pracodawca i pracownik oświadczyli, że pracownik rozpoczął zatrudnienie w tym dniu. Pracownicy w obawie, że stracą pracę, zazwyczaj przystawali na takie rozwiązanie, a inspektorzy Państwowej Inspekcji Pracy byli wówczas bezradni.
 
O wiele trudniejsza do wykrycia jest praca częściowo w szarej strefie. Pan Dawid jest operatorem koparki w średniej wielkości firmie budowlanej. Jest zatrudniony na umowie o pracę na bardzo niskiej stawce, ale część wynagrodzenia otrzymuje „pod stołem”. Choć zdaje sobie sprawę, że taki układ nie jest dla niego korzystny, boi się upomnieć o swoje prawa lub poszukać nowego zatrudnienia. Pamięta kryzys w branży budowlanej sprzed kilku lat, gdy cieszył się, że ma jakąkolwiek pracę. – Teraz robota jest, ale nie wiadomo, co będzie za rok. Teraz przynajmniej wiem na czym stoję, a zmiana pracy to zawsze ryzyko. Jeśli ktoś ma małe dzieci, kredyt i zerowe oszczędności, trudno jest to ryzyko podjąć – tłumaczy. 
 
Społeczne przyzwolenie
Ograniczenie szarej strefy na rynku pracy jest bardzo trudne również ze względu na wciąż spore społeczne przyzwolenie dla tego zjawiska. Jak wynika z raportu „Shadow Economies in the Baltic Sea Region” jesteśmy znacznie bardziej wyrozumiali dla pracy „na czarno” niż dla innych rodzajów działalności w szarej strefie. Zatrudnienie częściowo lub całkowicie „na czarno” akceptuje kolejno 42 i 39 proc. Polaków. Tymczasem sytuację, w której przedsiębiorca za sprzedany produkt lub usługę nie wystawia paragonu już tylko 28 proc. z nas. Z kolei przemyt lub nielegalną produkcję papierosów czy alkoholu jest w stanie usprawiedliwić już tylko 17 proc. Polaków. Choć wszystkie powyższe zjawiska będące częścią szarej strefy są równie szkodliwe postrzegamy je w zupełnie inny sposób.
 
Przez to społeczne przyzwolenie cierpią wszyscy poza nieuczciwymi pracodawcami. Pracownicy zatrudniani w ten sposób nie odkładają żadnych składek na przyszłe emerytury lub odkładają je w bardzo niskiej wysokości. Z kolei uczciwi pracodawcy nie są w stanie konkurować z oszustami. Traci wreszcie budżet państwa, czyli my wszyscy. Jak wynika z opracowania Państwowej Inspekcji Pracy: „Skutki „szarej strefy” dla budżetu państwa” tylko w 2015 roku do państwowej kasy z tego powodu nie wpłynęło co najmniej 9 mld zł.
 
łukasz karczmarzyk
źródło foto: commons.wikimedia.org/Lestat (Jan Mehlich)