Święto demokracji

No i skończyło się nam święto demokracji. No prawie skończyło, bo w części miast i gmin będziemy mieli jeszcze poprawiny. Jedni świętują zwycięstwo, drudzy zresztą też, choć już wiadomo, że winni tego zwycięstwa zostaną surowo ukarani. Po jednej stronie chwalą się poparciem wielkomiejskiego elektoratu, po drugiej powtarzają, że w wielkich miastach mieszka tylko 15 proc. obywateli naszego kraju. Ja z kolei jestem w tej części społeczeństwa stanowiącej, jak przypuszczam, znacznie więcej niż 15 proc., która po wyborach ma poczucie, że po raz kolejny ktoś zabawił się moim kosztem, udając, że to właśnie dla mnie cała ta zabawa jest organizowana. Znów mam wrażenie, że zostałem ograny w grze, w której w mojej talii kart były same dwójki, a na mojej kostce do gry wyłącznie pola z jedną kropką. 
 
Naprawdę chciałem, żeby było inaczej. Dołożyłem wszelkich starań, żeby wybrać świadomie, zaznaczyć długopisem w lokalu wyborczym tego, kto na to zasłużył. Przeczytałem od deski do deski cały stos ulotek kandydatów i kandydatek. Przystawałem przy każdym plakacie wyborczym, a jadąc samochodem zwalniałem przy każdym billboardzie, narażając się na gniew i pomstowanie innych kierowców. 
 
Z plakatów i billboardów dowiedziałem się, że kandydatka z partii „a” jest ładniejsza od kandydatki partii „b”. Względnie ma zdolniejszego grafika, który wyszykował jej ładny plakat. Spostrzegłem też, że część kandydatów postarzała się znacznie od ostatnich wyborów, a inni nie postarzeli się wcale, choć głównie dlatego, że użyli na plakacie tego samego zdjęcia, co 4 lata wcześniej. 
 
W ulotkach i na stronach internetowych kandydatów było nieco więcej niż zdjęcie, nazwisko i partyjne logo, ale za to wszędzie w zasadzie to samo. Kandydaci jak jeden mąż obiecali mi obniżyć w moim mieście bezrobocie, zbudować nowe żłobki, przedszkola i ścieżki rowerowe, odbudować potęgę klubów sportowych i zaopiekować się starszymi mieszkańcami. Dla każdego coś dobrego. Niestety żaden z nich nie napisał, jak i za co zamierza to zrobić.
 
Wszystkie te obietnice, postulaty i deklarację były tak naprawdę tylko na alibi. To samo pewnie obiecywali kandydaci w Katowicach, Gdańsku, Poznaniu czy Suwałkach. Nie miało to żadnego znaczenia. Liczyło się tylko, czy obok zdjęcia i nazwiska jest takie czy inne partyjne logo. Całe moje czynne prawo wyborcze zostało sprowadzone, wbrew mojej woli, tylko do tego i niczego więcej. Co gorsza lokalne komitety ochoczo przystąpiły do tej gry i dostosowały się do tej obrzydliwej sztancy.
 
W teorii miałem oddać głos na radnego czy prezydenta mojego miasta. Miałem i chciałem zagłosować na człowieka, który wie, w jakiej piekarni w moim mieście sprzedają najsmaczniejszy chleb i którędy jechać, gdy główna ulica w centrum stoi zakorkowana. Zamiast tego wszyscy kandydaci zbiorowym wysiłkiem przyczynili się do tego, że mój wybór został ograniczony wyłącznie do pana Kaczyńskiego, pana Schetyny oraz kilku lokalnych kandydatów, o których dowiedziałem się tylko tego, że nazywają się inaczej i mają inne logo. Więcej o sobie nie próbowali i chyba nie chcieli mi powiedzieć. 
 
W moim mieście będzie druga tura wyborów prezydenckich. Pewnie wezmę w niej udział i wrzucę kartkę do urny. Nie wiem, kto wygra drugą turę. Ja przegrałem już w pierwszej, zanim poszedłem do lokalu wyborczego. 
 
Trzeci z Czwartą;)