Strajkowali przez 14 dni

Strajk w kopalni Piast w Bieruniu przeszedł do historii jako najdłuższy podziemny protest w stanie wojennym. Rozpoczął się 14 grudnia. Górnicy wyjechali na powierzchnię dopiero po dwóch tygodniach. Pod ziemią spędzili Święta Bożego Narodzenia.

Strajk rozpoczął się spontanicznie 14 grudnia 1981 roku na drugiej zmianie na poziomie 650 metrów pod ziemią. Górnicy domagali się uwolnienia wiceprzewodniczącego kopalnianej Solidarności Eugeniusza Szelągowskiego i członków Prezydium Komisji Zakładowej NSZZ „S” Przedsiębiorstwa Robót Górniczych z grupy roboczej Piast oraz odwołania stanu wojennego. – Na początku panował ogromny chaos, trzeba było podzielić odpowiedzialność na kilka grup. Jedna zajęła się rozdziałem żywności i odzieży, inna sprawdzaniem ścian i przodków, kolejna utrzymaniem w sprawności pomp oraz innych urządzeń znajdujących się pod ziemią – mówi Andrzej Oczko, jeden z organizatorów strajku w kopalni Piast.
 
Przetrwać mimo wszystko
Na początku do protestu przyłączyło się ok. 2 tys. górników. Przez dwa tygodnie pod ziemią wytrwała połowa z nich. Osoby, które nie były w stanie dłużej protestować, w każdej chwili mogły zgłosić, że chcą wyjechać na powierzchnię. Warunki, w jakich strajkowali górnicy z Piasta, były niezwykle trudne. Górnikom dokuczał nie tylko ogromny chłód, ale także brak umywalek, łaźni i toalet. Nie było wody pitnej. – Elektrycy porobili grzałki, którymi gotowaliśmy wodę – wspomina Andrzej Oczko. Ogromnym wyzwaniem było zapewnienie żywności tak ogromnej grupie protestujących. – Dostarczane były zupy, które grupa kobiet gotowała w jednym z mieszkań. Wśród osób, które zajmowały się zbiórką żywności dla strajkujących górników, była moja żona. Z kilkoma innymi kobietami chodziła po mieszkaniach i zbierała jedzenie. To, co dostały od ludzi, trafiało potem do nas – dodaje.

Łączność z górą
Strajkującym udało się utrzymać łączność telefoniczną z powierzchnią kopalni. – Matki i żony chciały rozmawiać. Czasem się to udawało, ale władza te kontakty utrudniała. Za to bardzo chętnie udostępniała telefon tym kobietom, które histeryzowały i namawiały do wyjazdu – opowiada uczestnik tamtych wydarzeń. Na dół kopalni docierały też listy, ale część z nich była fałszowana przez SB. Pisano w nich różne nieprawdziwe rzeczy, żeby skłonić górników do zakończenia protestu. Informowano o chorobach żon, dzieci, matek. Część protestujących nie wytrzymywała tej presji i kończyła swój udział w podziemnym strajku.

Strach przed pacyfikacją
Najtrudniejsze były dni po pacyfikacji kopalni Wujek. Jak wspomina Andrzej Oczko, z jednej strony strajkujący byli w coraz bardziej bojowych nastrojach, z drugiej, zaczynali się bać tego, co może się wydarzyć. Informacje o przyzwoleniu władzy na bezwzględność ZOMO i milicji podczas brutalnych pacyfikacji innych zakładów pracy, były przerażające. – Na wiadomość o zastrzeleniu górników z kopalni Wujek zareagowaliśmy bardzo nerwowo, ale zacięliśmy się, żeby dalej prowadzić protest. Równocześnie cały czas zadawaliśmy sobie pytanie: Do czego jeszcze Jaruzelski jest zdolny? Zastanawialiśmy się, czy nas spacyfikują. Dochodziły do nas słuchy o planach zalania lub zagazowania kopalni, które w pewnym momencie wywołały panikę. To, że takie zamiary były, potwierdziły później dokumenty zebrane przez Instytut Pamięci Narodowej – mówi.

Święta pod ziemią
Przed świętami Bożego Narodzenia dyrekcja kopalni zablokowała wymianę lamp górniczych i dostawy żywności na dół kopalni. Z polecenia biskupa Herberta Bednorza do protestujących zjechał biskup Czesław Zimniok i dwóch księży. Kapłani udzielili strajkującym absolutorium i odprawili dla nich mszę świętą. – Później śpiewaliśmy kolędy i dzieliliśmy się opłatkiem. To były ogromnie trudne chwile. Po twarzach tych twardych chłopów spływały łzy – dodaje Andrzej Oczko. Podkreśla, że po Bożym Narodzeniu zapadła decyzja o zakończeniu strajku. – Część górników chciała dalej prowadzić protest, ale to nie było już możliwe. Bez czystej odzieży, sanitariatów i jedzenia mogło dojść do tragedii – mówi.

Zastraszanie i szykany
Górnicy wyjechali na powierzchnię 28 grudnia. Przed zakończeniem protestu członkowie Komitetu Strajkowego pertraktowali z władzami, domagając się m.in. gwarancji zatrudnienia dla protestujących. Zapewniono ich, że nikt nie zostanie aresztowany, ani zwolniony z pracy. Były to tylko mrzonki. Większość organizatorów strajku została zatrzymana już 28 grudnia. Andrzej Oczko również. SB nachodziło także jego żonę.
– Po moim aresztowaniu miała mnóstwo nieprzyjemności, zastraszano ją zabraniem syna do domu dziecka, kiedy oboje będziemy w więzieniu. W mieszkaniu przeprowadzono rewizję – wspomina.

Internowanie i emigracja
Był przetrzymywany w Areszcie Śledczym w Katowicach, wytoczono mu proces. W maju 1982 roku został uniewinniony wyrokiem Sądu Śląskiego Okręgu Wojskowego we Wrocławiu na sesji wyjazdowej w Katowicach. Po uniewinnieniu i wypuszczeniu z więzienia w Katowicach, jeszcze tego samego wieczoru esbecja wpadła do mieszkania i zabrała go do ośrodka internowania w Zabrzu Zaborzu. Podobnie potraktowano innych organizatorów strajku w kopalni Piast. W kwietniu 1983 roku Andrzej Oczko wraz z rodziną emigrował z Polski. – Wyjazd z Ojczyzny bardzo przeżyliśmy, ale nigdy nie żałowałem swojej decyzji o strajku. Dziś z satysfakcją mogę powiedzieć, że miałem swój udział w tym, że Polska jest wolnym krajem – podkreśla.

Agnieszka Konieczny