Sabotaż czy dywersja?

Dbajmy o polskie miejsca pracy – to w dobie kryzysu gospodarczego wywołanego przez pandemię koronawirusa sformułowanie powtarzane jak mantra przez polityków, przedsiębiorców, związkowców. Sformułowanie ze wszech miar słuszne, czy jednak realizowane w praktyce? Po części tak, bo jak by nie oceniać przygotowanych przez rząd kolejnych wersji tzw. tarcz antykryzysowych, mimo większych lub mniejszych niedociągnięć, w wielu segmentach gospodarki, a szczególnie w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw, tarcza pozwoli pewnie uratować wiele miejsc pracy.
 
Jest jednak druga strona medalu tej dbałości o miejsca pracy firm działających w Polsce, powodująca skutek wręcz odwrotny i mogąca mieć dramatyczne skutki społeczne, jak i gospodarcze, szczególnie na Śląsku. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że jeden z największych pracodawców w naszym regionie, jakim jest PGG, znajduje się w ekstremalnie trudnej sytuacji ekonomicznej. Na skutek propagandy uprawianej przez decydentów w ciągu ostatnich dwóch lat pracownicy PGG nie do końca zdawali sobie sprawę, że pracują w firmie, w której sytuacja jako żywo przypomina bal na Titanicu. A na górę lodową pcha ten okręt szeroko pojęta energetyka, nad którą nadzór sprawuje bezpośrednio ministerstwo, wcześniej energii teraz aktywów państwowych. To właśnie nadzorujący i zarządzający polskim sektorem energetycznym są hipokrytami, którzy głośno mówią o dbałości o polskie miejsca pracy, a w praktyce doprowadzają do ich likwidacji. Można mówić tu wręcz o dywersji gospodarczej, bo jakże inaczej przyjmować decyzje o wykonywaniu kontraktów na węgiel z dostawcami z Kolumbii czy Rosji, węgiel, który notabene nie zawsze był i jest tańszy od zakontraktowanego węgla w PGG. Jest dla każdego oczywistą oczywistością, a w każdym razie powinno być, że górnictwo w Rosji czy w Kolumbii nie zatrudnia polskich pracowników, nie tworzy łańcucha dostaw, nie kreuje miejsc pracy w Polsce i na Śląsku, ani też nie płaci podatków do polskiego budżetu. 
 
Trudno też zrozumieć tłumaczenia zarządzających sektorem mówiące o spadku produkcji energii w Polsce, skoro decyzjami administracyjnymi do naszego kraju importujemy niespotykane ilości energii z Niemiec czy ze Szwecji, energii notabene w dużej części dotowanej przez te kraje. Fakt, że trochę tańszej od naszej rodzimej, ale owa nieco niższa cena wynika z tego, że na tę importowaną nie są nałożone dodatkowe obciążenia finansowe, wynikająca z unijnej polityki klimatycznej.
 
Przytoczone praktyki nijak się więc mają do dbałości o miejsca pracy polskich pracowników. A w efekcie doprowadzą do totalnej zapaści sektor górniczy i tysiące miejsc wokół niego, jak również do długofalowego, znacznego uszczuplenia dochodów publicznych.
Żeby nie było tylko o górnictwie, ostatnio propaganda chwaliła się, że nareszcie jest zgoda na rozpoczęcie budowy gazociągu Baltic Pipe, który uniezależni Polskę od rosyjskich dostaw gazu. I fajnie, i brawo, tylko dlaczego do budowy skandynawskiej rury zaangażowane są firmy z Włoch, Turcji a może nawet Rosji? Dlaczego mamy powtórkę z lat 2010-2012, kiedy to stadiony na Mistrzostwa Europy w Polsce budowano w większości z niemieckiej stali. Strach pomyśleć, co się stanie, jeśli Turcy nie dotrzymają terminów budowy odcinków gazociągu, na czym będziemy gotować polski rosół? Terminal w Świnoujściu nie wystarczy.
 
Aż się prosi, aby jeszcze napisać kilka zdań o Programie dla Śląska, o tym, jak pokrywa się kurzem na półkach, ale to sprawa na odrębny tekst. Decydentom i wszystkim elitom politycznym dedykuję słowa piosenki Jana Kyksa Skrzeka: „O mój Śląsku, umierasz mi w biały dzień”. Może to was obudzi.
 
Dominik Kolorz