Rzeczy niezmienne

Krótki utwór grany na trąbce, przeplatany stukotem obcasów o podłogę i skrzypieniem okien? „Hey now” oczywiście – jak odpowiedzieliby dzisiejsi nastolatkowie. Dla zgrzybiałych starców koło pięćdziesiątki, to po prostu hejnał z wieży kościoła Mariackiego w Krakowie.
 
Dźwięk trąbki z krakowskiego rynku budzi wspomnienie, od którego nie jestem w stanie się uwolnić i prawdę mówiąc, nie chcę. Zbliża się samo południe. Zaparowaną i pełną obiadowych aromatów kuchnię, wypełnia mruczenie radyjka. Babcia na żeliwnej płycie węglowego pieca smaży puszyste, ziemniaczane placki. Jeszcze nie utrwaliłem w pamięci informacji, że stan rzeki Odry układał się w strefie stanów niskich i w Raciborzu Miedoni w ciągu ostatniej doby ubyło siedem, a już słychać sygnał czasu z Laboratorium Czasu i Częstotliwości i po ostatnim szóstym sygnale, która oznacza godzinę dwunastą, rozlega się dzwon, później słychać kroki trębacza. Brzmią tak wyraźnie, jakby zaraz miał zakraść się do kuchni i wycyganić od babci placka na poczet odtrąbienia hejnału, ale to tylko złudzenie. Na moim talerzu lądują okraszone śmietaną i posypane cukrem smakołyki. 
 
Rzecz dzieje się w pierwszej połowie lat 80-tych ubiegłego wieku, więc dziś już niezbyt dobrze pamiętam ówczesną ramówkę. Aczkolwiek pamiętam jak dziś, że hejnał oraz komunikaty Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej, Krajowej Dyspozycji Mocy i Krajowej Dyspozycji Gazu to żelazne punkty programu. Radio codziennie podaje, jaki jest stopień zasilania prądem i gazem ziemnym wysokometanowym, ziemnym zaazotowanym i koksowniczym. Nadstawiam ucha, bo w moim domu kuchenny piec węglowy został niedawno zastąpiony kuchenką zasilaną gazem ziemnym wysokometanowym z rurociągu, pod który rowy kopali mieszkańcy w tzw. czynie społecznym. Nie rozumiem, co te stopnie oznaczają, ale słucham. Mimo powiewu nowoczesności, wiem, bo doświadczyłem organoleptycznie, że placki ziemniaczane najlepsze są z blachy na kuchni węglowej. Usmażone na patelni na kuchni gazowej to jak dzisiejszy chleb z marketu w porównaniu z prawdziwym z pieca, na zakwasie.
 
To nie jest felieton z okazji Dnia Babci (byłoby wstyd, aż tak się spóźnić). Ale nie jest to też wyłącznie sentymentalne, kulinarne wspomnienie z Polskim Radiem w tle. To raczej rzecz klimatyczno-energetyczna. Otóż pamiętam owo zachłyśnięcie się gazem jako paliwem nowoczesnym, bez zwożenia węgla, bez popiołu, bez doglądania, czy już dołożyć ze dwie łopaty, czy jeszcze poczekać. Ustawiasz temperaturę i cześć. Tato załatwił (wtedy zanim się kupiło, trzeba było załatwić – tak jak teraz w UE) gazowy kocioł centralnego ogrzewania. Nawiasem mówiąc, wyprodukowany w Niemieckiej Republice Demokratycznej. Na całe szczęście nie wycinał starego kotła węglowego. Stara szkoła. Zostawił na wszelki wypadek, bo może się jeszcze przydać. Pierwsza zima była w porządku. W połowie drugiej bratni naród ze Wschodu tak wywindował ceny gazu, że węglowy piec już w połowie grudnia wrócił do łask i trwał do połowy lat 90-tych. Do wymiany na kolejny kocioł węglowy.
 
Wiem, że czasy się zmieniły, że są nowe źródła energii, możliwość dywersyfikacji, ekoszajba i różne inne czynniki. Ale jedno się nie zmieniło. Poza węglem i drewnem, Polska nie ma innego własnego paliwa, ani innej własnej technologii produkcji energii. A wielcy bracia gotowi przykręcić nam kurek, też się nie zmienili, nadal z nami sąsiadują. Od wschodu i od zachodu. Teraz w sumie bardziej nawet od zachodu. 
 
Jeden z Drugą:)
źródło foto: commons.wikimedia.org/CC BY-SA 4.0/Jacek Halicki