Rynek pracownika?

Kilka dni na popularnym serwisie internetowym pewna kancelaria adwokacka z Chorzowa zamieściła ofertę pracy dla sekretarki, która wywołała burzę w internetach. Pan adwokat na liście obowiązków swojej przyszłej pracownicy wypisał 68 pozycji. Wśród nich znalazły się zadania właściwe dla stanowiska, ale również takie, które z pracą sekretarki nie mają zbyt wiele wspólnego, jak np. doradztwo prawne, interpretacja przepisów prawnych (karne, cywilne, cywilno-rodzinne, gospodarcze, prawo pracy itp.), czy tworzenie kazusów. Do tego cały szereg zadań z zakresu kadr, księgowości, zarządzania kamienicą, w której mieści się kancelaria oraz innymi nieruchomościami, a także inne kwiatki. jak np. „załatwianie przeglądów kominiarskich, deratyzacji itp.”, czy dbałość o „artykuły spożywcze”. 
 
Od kandydatów Pan adwokat oczekiwał m.in. wykształcenia prawniczego oraz własnego samochodu. A teraz gwóźdź programu. Wynagrodzenie oferowane w ogłoszeniu to 1900-2000 zł plus „dodatki uznaniowe”. 
 
Z powyższej historii można wyciągnąć co najmniej dwa wnioski. Niestety oba raczej nieciekawe. Po pierwsze dowodzi ona, że Januszem biznesu można być bez względu na poziom wykształcenia, posiadany majątek, czy status społeczny. 
 
Drugi wniosek jest niestety znacznie smutniejszy. Kuriozalne ogłoszenie wysmażone przez pana adwokata dowodzi, że na naszym rynku pracy wbrew pozorom w ostatnich latach niewiele się zmieniło, choć na każdym kroku słyszymy o tzw. „rynku pracownika”. Żeby jakakolwiek zmiana nastąpiła, musi ona przede wszystkim zajść w mentalności. Wówczas nikomu nie przyszłoby do głowy, żeby opublikować podobną ofertę. Prawdziwa zmiana na rynku pracy nie może być wynikiem – jak ma to miejsce obecnie – dobrej koniunktury gospodarczej, która kiedyś się przecież skończy, bezrobocie wzrośnie i wszystko będzie „po staremu”, czyli tak, jak chciałby tego pan adwokat z Chorzowa i jemu podobni.
 
Można mi zarzucić, że przesadzam. Wszak jeden „pracodawca” o mentalności dziewiętnastowiecznego fabrykanta o niczym nie świadczy. Oczywiście, że nie, ale podobnych przykładów jest cała masa, choć rzadko są one tak jaskrawe. Daję głowę, że w ostatnich latach setki razy słyszeliście lamenty biznesmen skarżących się, że nie mogą znaleźć pracowników. Szkoda tylko, że żaden z nich nie pamięta, że wcześniej płacąc ludziom grosze, bo przecież „za bramą czeka dziesięciu na twoje miejsce”, wyrzucili miliony młodych ludzi na emigrację zarobkową. Nieraz też pewnie spotkaliście się z poglądem, że przedsiębiorcy mogą robić, co im się podoba, bo to oni tworzą miejsca pracy. Tu znów zwykle nikt nie dodaje, że medal ma dwie strony i bez pracowników nie byłoby ani przedsiębiorstw, ani pracodawców.
 
Jedyną receptą, żeby w sposób trwały, a nie tylko na chwilę ucywilizować nasz rynek pracy, są silne związki zawodowe. Inaczej z każdym spowolnieniem gospodarczym, z każdym wzrostem bezrobocia będziemy wracać do punktu wyjścia. Puenta raczej przewidywalna, zwłaszcza w związkowym czasopiśmie. Jednak prawda ma to do siebie, że często jest dziecinnie prosta, choć dla wielu bywa trudna do zaakceptowania. 
 
Trzeci z Czwartą:)