Radny? Nie znam

No i zaczęło się. Liście żółkną, brązowieją i spadają, za to na drzewach oraz na słupach i na ścianach zwisają plakaty z wizerunkami kandydatów do władzy. Foto twarzy, imię, nazwisko, ugrupowanie. Fachowcy od marketingu wciskają frajerom cudowne przepisy na murowaną wygraną. Tyle twarzy, tyle gangu, tyle garsonki, tyle koszuli, tyle krawata, tyle papieru, tyle kleju. Trzeba zainwestować, żeby móc zasiadać tam, gdzie nie każdy zasiadać może i decydować o rzeczach ważnych. A że wszyscy wyglądają tak samo? Te same kolory, te same chwyty, ten sam program do upiększenia twarzoczaszki? Trudno. Każdy głos się liczy, nawet głos tego, kto nie uczy się na błędach z przeszłości, a prawdę mówiąc właśnie ten głos liczy się niestety najbardziej. Potem ktoś to wszystko będzie musiał posprzątać, a po pewnym czasie przyjdą kolejne święta demokracji. Jesień. Złota, polska jesień – chciałoby się powiedzieć. 
 
Ale ja nie o tym chciałem napisać, że kandydaci na radnych, wójtów, burmistrzów i prezydentów śmiecą. Przecież każde dziecko to wie. Ja chciałem najzwyczajniej w świecie wyrazić głębokie wzruszenie faktem, że wciąż są ludzie, którzy wierzą, że wygrają z tzw. „aktualnym układem rządzącym”. Nie, nie żartuję. Jestem wzruszony. Przecież większość nieraz już machała ręką na to wszystko, z westchnieniem: „bo ileż można”. Większość przez lata powtarzała, że rządzi kasta, sekta i złodzieje, ale „nic z tym zrobić się nie da” i nic się u władzy nie zmieniało na lepsze. Większość nie wierzyła, że inni, choćby nawet myśleli to samo co oni, pójdą do urny i powiedzą: „Ty już nie. Teraz niech spróbuje ten drugi. Uczciwszy się wydaje.” To jest właśnie paradoks demokracji. Zbyt często ludzie, którzy do sprawowania władzy w imieniu społeczności nadają się tak sobie, na luzie wygrywają z tymi, którzy tę władzę, czyli społeczną służbę sprawowaliby celująco. Gdzie tkwi błąd? Mam pewne podejrzenie.
 
Otóż sam sobie zadałem pytanie, czy znam nazwisko radnego lub radnych, którzy reprezentują moją dzielnicę. I ze wstydem muszę przyznać, że nie. Mogę sobie oczywiście sprawdzić w internecie. Zobaczyć nazwiska, ugrupowania, adresy. Mimo to – wstyd. Wiem, że właściwie nic nie mam na swoje usprawiedliwienie. Biję się w pierś, przyznając, że jestem członkiem tej większości, której nie chce się brać udziału w wyborach samorządowych, choć werbalnie twierdzi, że jest zupełnie inaczej i że chciałaby realnie w tym demokratycznym delegowaniu władzy uczestniczyć. Tymczasem jak zwykle kasta Malinowskich zetrze się bojowo z kastą Wiśniewskich. I jak zwykle wynik będzie taki sam jak w ostatnim ćwierćwieczu, czyli wygrają albo Malinowscy, albo Wiśniewscy, choć może szyldy uległy drobnym modyfikacjom. A my sobie obiecamy, że już za cztery lata na to nie pozwolimy, ze wybierzemy kogoś innego, mądrzejszego, lepszego, służącego ludziom. Ale rzecz jasna pod warunkiem, że zapuka do naszych drzwi i swoją chęć do mądrego rządzenia nam zaoferuje. Bo my w tym zalewie niczym nie różniących się ofert gubimy się. Problem w tym, że takiego, który by zapukał, nie ma, albo też mu się nie chce. I dlatego tak te samorządy wyglądają, jak wyglądają.
 
Jeden z Drugą:)
źródło foto:pixabay.com/CC0