Protest włoski katowickich strażników miejskich

Nie wypisują mandatów, tylko dają pouczenia oraz ściśle wypełniają wszelkie procedury, co znacznie wydłuża czas ich interwencji. W ten sposób strażnicy miejscy z Katowic zrzeszeni w NSZZ „Solidarność” prowadzą od 1 stycznia protest przeciwko niskim zarobkom.

– To nie jest strajk, bo my strajkować nie możemy, ale protest podobny do tzw. strajku włoskiego. Polega na tym, że podczas interwencji bardzo skrupulatnie, szczegółowo dopełniamy wszelkich procedur. Powoli, punkt po punkcie. To skutkuje tym, że wszystko trwa znacznie dłużej niż zazwyczaj. Poza tym nie wypisujemy mandatów, tylko ograniczamy się do pouczeń – mówi Mariusz Machała, szef „Solidarności” w katowickiej Straży Miejskiej.

Przewodniczący zwraca uwagę, że od 2016 roku z katowickiej Straży Miejskiej odeszło 60 funkcjonariuszy. Główną przyczyną odejść są niskie wynagrodzenia, u części strażników na poziomie płacy minimalnej. – Ludzie po prostu zwalniają się z pracy u nas i idą do straży miejskiej w Chorzowie czy w Świętochłowicach, gdzie już na starcie otrzymują lepsze zarobki. Wielu kolegów poszło też do policji, gdzie są nie tylko wyższe płace, ale i możliwość przejścia na wcześniejszą emeryturę – mówi Machała. – Doszło do tego, że w naszym 300-tysięcznym mieście ulice patroluje niespełna 50 funkcjonariuszy. To pokazuje, jaka jest skala problemu – zaznacza.
 
Protest włoski miejskich strażników z Katowic ma potrwać trzy miesiące. – Oczywiście liczymy, że władze miasta nie będą czekać tak długo, tylko wreszcie zaczną nas traktować poważnie, siądziemy do stołu rozmów i spróbujemy wypracować sposób rozwiązania problemu – dodaje przewodniczący.
 
Straż Miejska w Katowicach zatrudnia w sumie 103 osoby. Niespełna połowa patroluje ulice. Pozostali to głównie pracownicy biurowi oraz kadra zarządzająca i dyżurni.
 
ny