Póki jeszcze mamy wybór

Zasiadłem właśnie przed ekranem laptopa, który podpiąłem do gniazdka z prądem wytworzonym w znakomitej części z węgla kamiennego. Już choćby ten fakt powinien dać Szanownym Czytelnikom jasno do zrozumienia, kto za moim pisaniem stoi i czemu tu służy. Ale z drugiej strony po prądzie nie widać, skąd pochodzi, a więc możliwe, że do mojego lapa dotarła właśnie ta „zielona” część miksu energetycznego. Nieduża, ale jednak wystarczająca, aby doładować baterię i „zielonym” uczynić piszącego. Może z wody, wiatru czy ogniwa fotowoltaicznego czerpię właśnie energię, aby móc poklepać w klawiaturę i sklecić zdań kilka. Z atomu raczej ta energia nie pochodzi, choć wcale nie jest wykluczone, że trochę tego w polskich kablach od czasu do czasu płynie, ale kto by to zgłębiał. Przeciętny pobieracz prądu z gniazdka bladego pojęcia nie ma, jak to działa, o co chodzi w miksach energetycznych czy przesyłach transgranicznych i sprawdzać tego nie zamierza.
 
Prąd jest, albo go nie ma, ewentualnie, jak to się potocznie opowiada, jednej fazy brakuje, ale z czego ten prąd, to już przecież nie nasze zmartwienie, tylko tych z elektrowni. Wszakże to oni systematycznie przeczesują nasze portfele i konta, wystawiając skomplikowane rachunki za zużycie, przesył, utrzymanie, uczesanie i uśmiech inkasenta, czyli opłatę stałą, przejściową, abonamentową i zmienną oraz coś tam, coś tam. W skrócie mówiąc, to oni rachunek za prąd komplikują i wystawiają, więc to oni powinni wiedzieć, co tam się w kablach miksuje. Ale pamiętaj Czytelniku Drogi (choć nie aż tak drogi jak prąd ze źródeł odnawialnych), że gdy już z grubsza zaczniesz przeczuwać, co się pod tym kryje, to znowu zmienią nazwę i liczbę składowych niezmiennie horrendalnej opłaty finalnej.
 
Wracając do rzeczy po tem przydługiem wstępie, otóż po włączeniu lapa do sieci z prądem robionym głównie z polskiego węgla, równolegle obok pisania przystąpiłem do przyrządzania barszczu. Normalnego, środkowoeuropejskiego, czerwonego, z buraków. Na kuchence spalającej ruskie paliwo kopalne, czyli gaz ziemny wysokometanowy, odpaliłem płomień chińską zapalniczką na propan butan niewiadomego pochodzenia i zacząłem gotować wywar z rodzimego, wędzonego żeberka wieprzowego. Woda polska z miejskich wodociągów, włoszczyzna również z ziemi polskiej oraz liść laurowy, ziele angielskie, pieprz, sól i dwa plastry suszonego prawdziwka.
 
Gdy już odszumiłem i zaczęło ładnie pachnieć oraz ładnie wyglądać, usiadłem na chwilę w fotelu i trochę mi się oko przymknęło, a przez łeb zaczął przemykać taki półsen. Śniło mi się, że jestem w roku 2040 i w Katowicach odbywa się szczyt klimatyczny, podczas którego światowi przywódcy pod pretekstem oziębienia klimatu i narastającego jak grzyb w nieogrzewanym pokoju ryzyka nadejścia nowej epoki lodowcowej zakazują wędzenia mięsa oraz wprowadzają limity na produkcję barszczu. W tym półśnie docierał do mnie z kuchni zapach-dowód przestępstwa, czyli aromat barszczu, w dodatku na wędzonce. Główka zaczęła intensywnie pracować. Jestem legalistą, ale są k... granice szaleństwa. Barszczu, mimo że nielegalny, zabrać nikomu nie pozwolę. Gdy zastanawiam się, gdzie barszczyk przed ekosiepaczami schować, z telewizora wybrzmiewa news, że policja ekologiczna aresztuje dziennikarzy, którzy ujawnili, że za zakazem wędzenia stoi kartel producentów aromatu dymu wędzarniczego, a za limitami na produkcję buraków grupa monopolistów sterująca cenami warzyw. Z tego koszmaru wyrwał mnie głos syna, który zapytał, z czym będzie ten barszczyk. – Z czym tylko chcesz synku – odpowiedziałem. – Z uszkami, z fasolą, z ziemniakami. Mogę zabielić, mogę podać czysty. Jedz synku taki barszczyk, jaki chcesz, póki jeszcze masz wybór. 
 
Jeden z Drugą:)
źródło foto: pxhere.com/CC0