Opowieść wigilijna

Ile to się trzeba nabiegać, nakupować, nakombinować, nagłówkować, nadenerwować, żeby na koniec i tak się okazało, że jeszcze o tym i o tamtym zapomnieliśmy, o tym i o owym nie pomyśleliśmy, na to i na tamto nas po prostu nie było stać. Śmiejemy się z dzieci, że to rzekomo im Święta Bożego Narodzenia kojarzą się głównie z prezentami pod choinką i prawdę mówiąc, te podarki stanowią clou wigilijnego wieczoru. A my, dorośli, to wiadomo, przede wszystkim cenimy sobie tradycję, wspólną wieczerzę, melodie kolęd, itd. Magię świąt, jak to się mówi. Tymczasem tak naprawdę to my, gorzej niż dzieci, dajemy się uwieść prezentowemu i konsumpcyjnemu szaleństwu. Tłumaczymy się, że to dla dzieci właśnie, że to raz w roku i trzeba godnie świętować. Ale co świętujemy? To święto zielonego drzewka iglastego? A może dzień smażonej ryby? Święto potraw niecodziennych? Dzień Dziecka? Noc prezentów? Oczywiście, że nie. To Wigilia Bożego Narodzenia, a po północy Boże Narodzenie.
 
Możecie się, Drodzy Czytelnicy, obruszać, że zamiast felietonu, kazanie Wam pismak daje, ale powiedzcie, z ręką na sercu, że Was nie wkurza to, jak tzw. aspekt konsumpcyjny świętowania, czyli po prostu wielkie żarcie, przysłoniło istotę Bożego Narodzenia, przysłoniło adwent, oczekiwanie zamieniło w bieg, a świętowanie przeistoczyło w męczący rytuał. Męczący, bo skupiony na konsumpcji i wymianie podarków. – Zawsze tak było, albo z grubsza podobnie, więc nie ma co się gorączkować – machnie ręką silna grupa w średnim wieku. – Tak. To już nie to, co kiedyś. To się już nie wróci – powie grono zawsze i na wszystko narzekających staruszków. 
 
Czyżbym i ja był już w tym gronie starczym? Bo przecież pamiętam, jak to kiedyś wyglądało. A gdy zamykam oczy, to nawet słyszę, jak skrzypiał ten śnieg pod nogami w drodze na roraty. Pamiętam jak w półmroku lampion ojcowską ręką z „bristolu” wycięty w dłoni trzymałem. Jak szukałem w słowniku, co to są „ziemskie niwy”, bo nie wiedziałem. Pamiętam, jak figurka Jezuska coraz niżej po stopniach drewnianej drabiny się przesuwała. Ale robiła to powoli, majestatycznie, dzień po dniu. A przecież ja i wiele innych dzieci widziało, że ten żłobek siankiem wypełniony jest przecież bardzo blisko. I przebiegała przez główkę myśl, że można by już w połowie adwentu do żłobka zeskoczyć i prezenty wręczyć, a nie czekać tyle czasu. A po powrocie z rorat do domu w główce rodziła się kolejna myśl, żeby skubnąć ukrytych w spiżarni dobroci, które mama chroniła kategorycznym zakazem: „Zostaw. To na święta”. – I co się zmieniło? Przecież dziś jest podobnie – powie sceptyk i słusznie zauważy, że dziś wciąż mamy bronią gromadzonych w spiżarniach i lodówkach wiktuałów okrzykiem bojowym: „Zostaw! To na święta!”. Co prawda kiedyś te okrzyki było już słychać w listopadzie, teraz raczej grubo po pierwszej dekadzie grudnia. Ale tradycja nadal jest żywa. 
 
Czyli nic się nie zmieniło w gruncie rzeczy, czy święta racja z tym narzekaniem na konsumpcjonizm? A może remis? Mimo kaznodziejskich zapędów, nie podejmuję się rozstrzygać. Cieszę się, że pamiętam, jak chrzęścił śnieg pod nogami w drodze na roraty i w drodze na pasterkę. I cieszę się, że pamiętam, jak mój tata kroił bochenek chleba, rozpoczynając wigilijną wieczerzę. Wesołych Świąt.
 
Jeden z Drugą;)
źródło foto:pixinia.com/public domian