Okresowa fikcja zbiorowa

Badanie będzie pan miał o 11.00, ale najlepiej jak pan przyjdzie pół godziny wcześniej – usłyszałem w słuchawce od pani rejestratorki. Już wtedy wiedziałem, że dzień mogę spisać na straty, a zdobycie kwitku potwierdzającego moją zdolność do wykonywania pracy okupię kilkoma godzinami zmarnowanymi na krzesełku w poczekalni. Nie zawiodłem się. Do pierwszego gabinetu zamiast pół godziny przed, wszedłem godzinę po wyznaczonym czasie.
– Nosi pan okulary? 
– Nie.
– Proszę przeczytać ostatni rząd. 
– „E”, „O”, „P”, „3”, „8”, „R”, „S”. 
– „S”?
– A nie. Przepraszam. To jest jednak „5”, a nie „S”
– To wszystko. Do widzenia.
– Do widzenia.
Kilka metrów dalej, gabinet internisty. Kolejna godzinka oczekiwania. Szczegółów badania opisywać sensu nie ma. Równie dobrze zamiast mnie mogła tam wejść moja 90-letnia babcia. Pan doktor raczej by się nie zorientował. Musiałby podnieść wzrok znad formularzy i pieczątek.
 
Na krzesełku w poczekalni miałem dużo czasu na rozmyślanie o absurdzie sytuacji, w której się znalazłem. O tej zbiorowej fikcji, w której prawo nakazuje pracodawcy wysyłać pracownika na badania, które tak naprawdę żadnymi badaniami nie są, a lekarze udają, że te badania przeprowadzają i są w stanie stwierdzić cokolwiek na ich podstawie. Nie wiem, kto jest odpowiedzialny za szopkę zwaną badaniami okresowymi. Pewnie wiele lat temu był to wspólny wysiłek ministerstwa zdrowia i resortu pracy. Być może autor tych przepisów dostał za nie awans lub chociaż jakąś przyjemną premię. Nie wiem jak było. Mogę tylko snuć domysły. Wiem za to, że badania okresowe mogłyby wyglądać zupełnie inaczej. Mogłyby przecież być skonstruowane tak, aby nie tylko rzeczywiście badać zdolność człowieka do pracy, ale też naprawdę sprawdzać, czy nic mu nie dolega, skoro już przyszedł i przesiedział swoje w poczekalni. Byłoby to droższe, ale tylko z pozoru. Na dłuższa metę porządna profilaktyka zawsze wychodzi taniej niż leczenie, gdy choroba już się rozwinie. Mogłoby, gdyby przywrócić właściwy porządek rzeczy. Właściwy, czyli taki w którym prawo tworzone przez polityków jest odpowiedzią na realne potrzeby obywateli. Niestety, z reguły jest odwrotnie. Oderwani od rzeczywistości politycy tworzą prawo, do którego ta rzeczywistość ma się dostosować. Skutków tej aberracji doświadczamy codziennie. W przychodni, w szkole, w dowolnym urzędzie i instytucji publicznej. W setkach różnych miejsc i sytuacji, gdzie wszystko jest postawione na głowie, choć wszyscy wokół zdają sobie z tego sprawę. Mimo to biorą czynny lub bierny udział w zbiorowej fikcji, bo tak każą przepisy. 
 
Trzeci z Czwartą:)