Niedawno, raptem sto lat temu

To dopiero sto wiosen minęło od czasu, gdy nasza Ojczyzna odzyskała niepodległość po 123 latach zaborów. Po 123 latach formalnego nieistnienia na mapach uznawanych przez największe mocarstwa, przez ówczesne europejskie ośrodki decyzyjne. To było tak niedawno. 
 
Moi pradziadkowie rodzili się w zaborze austro-węgierskim, w XIX wieku. Pradziadkowie mojej żony w pruskim i w rosyjskim. Nasi dziadkowie i nasze babcie przyszli na świat w przededniu wybuchu I wojny światowej, w jej trakcie i krótko po jej zakończeniu, w czasie Cudu nad Wisłą i w czasie powstań śląskich. Zanim to pokolenie dojrzało, wybuchła kolejna wojna. Polska znów straciła niepodległość. Jeden dziadek moich dzieci urodził się na terenach wcielonych do III Rzeszy Niemieckiej, drugi dziadek na terenie Generalnej Guberni.
 
My, to znaczy ja i żona, urodziliśmy się w Polsce. Zależnej od sowieckiego imperium, ale jednak w Polsce, gdzie urzędowym językiem był polski, a barwy narodowe były, tak jak powinny, biało-czerwone. Urodziliśmy się w latach 70-tych ubiegłego wieku, w czasie gierkowskiej prosperity, kiedy to nasza Ojczyzna była podobno 10. gospodarką świata. I potem ktoś nam nagle zgasił światło, przypominając bezceremonialnie, co sobie myśli o tej naszej niepodległości i miejscu w pierwszej dziesiątce gospodarczych potęg. 
 
Nasi pradziadkowie wchodzili w dorosłość w czasie pierwszej wojny światowej, dziadkowie w czasie drugiej wojny, rodzice w czasie gomułkowskiej małej stabilizacji, my w czasie tzw. transformacji ustrojowej. Nasze dzieci urodziły się w XXI wieku, w Polsce niepodległej i suwerennej na tyle, na ile w tym stuleciu może być niepodległy i suwerenny średniej wielkości kraj w tej części Europy. Cieszymy się z tego. Jesteśmy szczęśliwi i nie boimy się marzyć. Tak jak nasi pradziadkowie, dziadkowie i rodzice przede wszystkim marzymy o szczęśliwym życiu naszych dzieci. Teoretycznie maluchom powinno być dużo łatwiej niż nam. Teoretycznie możliwości rozwoju mają o niebo większe i o niebo lepszy start. Chodzi tylko o to, aby im tej szansy nie zaprzepaścić. A że jesteśmy ją w stanie zaprzepaścić, nie mam niestety najmniejszych wątpliwości. Ileż to razy w historii naszej Ojczyzny marzenia o normalności były przekreślane przez naszą głupotę, tępy egoizm, zawiść, chciwość i lenistwo. A nawet jeśli te wady udawało nam się przezwyciężać, tworzyć rzeczy ważne i wielkie, to „życzliwi” sąsiedzi dbali, abyśmy nadto nie urośli. 
 
Sto lat to naprawdę niewiele. Stulecie możną ogarnąć rodzinną pamięcią. Nawet tak trudne stulecie, jak to, które właśnie mija. Warto pamiętać i cieszyć z naszych osiągnięć, swoich własnych i rodaków. Nie zazdrościć, nie zawiścić, nie umniejszać, lecz się cieszyć, bo to są nasze, polskie osiągnięcia. Ale też trzeba pamiętać, że mamy gdzieś w sobie ukryty gen autodestrukcji, który potrafimy z zadziwiającą łatwością aktywować, szczególnie łatwo wtedy, gdy już się wydaje, że osiągnięcie wymarzonych celów jest o krok. Gdyby nasi pradziadowie żyli, to z pewnością nie oglądając się na dzisiejszą modę na bezstresowe wychowanie, wielu z nas sprawiliby niezłe lanie skórzanym pasem. Byłoby to lanie jak najbardziej zasłużone. A i tak byłaby to naprawdę najłagodniejsza kara za brak szacunku dla wysiłków pokoleń, abyśmy mogli żyć i rodzić dzieci w naszym państwie. W Polsce.
 
Jeden z Drugą:)
źródło foto:commons.wikimedia.org/CC0