Na Dzień Dziecka zamiast życzeń

Codziennie rano w drodze do pracy odwiedzam sklep pewnej siec handlowej, która uznała, że wizerunek płaza namalowany na witrynie, zachęci klientów do robienia zakupów. Pani kasjerka, od lat ta sama, zawsze odpowiadając na moje „dzień dobry”, uśmiecha się uprzejmie, dając mi tym samym sygnał, że zalicza mnie do grona „stałych klientów”. Codziennie rano kupuję u niej butelkę wody mineralnej. Kiedyś, zanim rzuciłem ohydny tytoniowy nałóg, pani kasjerka na mój widok, sięgała ręką po paczkę żółtych Cameli. Jako stały klient nie musiałem nic mówić.

Każdy z nas ma dziesiątki takich codziennych rytuałów. Powierzchownych, ale bardzo sympatycznych relacji z innymi ludźmi. Kasjerkami w ulubionym sklepie, kolegami z pracy, sąsiadami. Każdy z nas je lubi, nawet jeśli sąsiad spotkany na klatce schodowej czasem przynudza, a kolega z pracy ciągle opowiada ten sam, nieśmieszny dowcip.

Niestety już niedługo te relacje mogą całkowicie zniknąć, a my po prostu utracimy zdolność ich podtrzymywania. Dziennik Rzeczpospolita w artykule pod znamiennym tytułem: „Życie Polaków przenosi się do smartfonów” napisał, że każdy z nas spędza przylepiony do ekranu telefonu średnio 2,5 godziny dziennie. O pół godziny więcej, niż rok temu. Dla jednych to pewnie mało, dla mnie bardzo dużo. Choćby dlatego, że do tej średniej wliczono zarówno moją 90-letnia babcię, która smartfona nigdy w ręku nie miała, jak i dwuletnią córkę, która bardzo lubi udawać, że do kogoś dzwoni, ale zamiast prawdziwej komórki wystarcza jej plastikowa zabawka.

Wraz z czasem, który spędzamy codziennie przed ekranem telefonu, zwiększa się liczba czynności, które za jego pomocą wykonujemy. Robiąc zakupy online, nie wymienimy porozumiewawczego uśmiechu z panią kasjerką. Śledząc Facebooka na klatce schodowej, nie zauważymy przechodzącego obok sąsiada. W wirtualnym świecie powstają zupełnie nowe profesje, które nie wymagają wychodzenia z domu. Zawodowy youtuber czy influencer (naprawdę są już takie zawody) nie ma raczej szans na codzienną pogawędkę z kolegą z pracy. Co będzie dalej, strach pomyśleć. Jeszcze większy strach ogarnia mnie na myśl, że dla mojej córki, która na razie jeszcze rozmawia tylko na niby przez plastikową zabawkę, już niedługo życie z prawdziwym smartfonem przyklejonym do ręki, będzie czymś zupełnie naturalnym. Z kolei ja prędzej niż później przestanę rozumieć, o czym do mnie mówi i nic nie jestem w stanie na to poradzić. Bo niby co mógłbym zrobić? Nie kupię jej smartfona? Zabronię korzystania z internetu? Wówczas skazałbym ją na los wyrzutka nieakceptowanego przez rówieśników, nieprzystosowanego społecznie dziwoląga.

Lada chwila będziemy obchodzić Dzień Dziecka. Mojej córce będę życzył wszystkiego, co tylko sobie wymarzy, ale również tego, o czym ja marzę dla niej. A marzy mi się, żeby zdzierała sobie kolana i nabijała siniaki, łażąc po drzewach. Grała z koleżankami i kolegami w chowanego, berka i podchody. Ganiała po podwórku od rana do zachodu słońca. Wiem, że to marzenie będzie trudne do spełnienia, ale tylko takie są coś warte.

Trzeci z Czwartą ;)