Metoda „na mruczka”

Zimny, bezwzględny gracz polityczny, krwawy despota, cyniczny, mściwy i w ogóle straszny okrutnik, a tu taki numer. Nie wiem, czy to stało się przez przypadek, czy była to zaplanowana akcja, ale wyszło znakomicie. Jestem pod wrażeniem. Niby wszyscy wiedzieli, że Jarosław Kaczyński ma ogromną słabość do kotów. Kabareciarze chętnie tę słabość wykorzystywali w skeczach, ale wychodziło to coraz bardziej blado i było już mocno ograne. Aż tu nagle ten występ z atlasem sierściuchów. Genialne. Oto wszechmocny prezes partii rządzącej, od którego zależą losy milionów (ludzi, złotych, posad itd.), siedząc w sejmowej ławie, wyciąga zza pazuchy „Atlas kotów. Dzikie i domowe” i z błogim zadowoleniem przegląda fotografie oraz opisy futrzaków. Było jasne, że operatorzy kamer i fotoreporterzy na taką przynętę się złapią. Jak leszcze.
 
Gdyby prezes całej Polski trzymał w swej krwawej dłoni jakąś pozycję z dziedziny prawa, ekonomii czy politologii, to nic by z tego nie wyszło. Zwolennicy jaśnie panującego zrobiliby obowiązkową fotkę i ewentualnie napisali, jaki mądry to przywódca i jakie mądre rzeczy czyta, nie to, co wasze ćwoki, które nawet królów nie potrafią policzyć przy stajence. Zaś przeciwnicy Kaczafiego albo rzecz by przemilczeli (bo i jakaż to sensacja, że facet umie czytać?), albo fotkę opatrzyli napisem, że za nasze pieniądze, za naszą i waszą krwawicę, zamiast pracować ku chwale Ojczyzny, rękę podnosić i opuszczać, to on se książki w Sejmie czyta. Ale ta okładka wszystkich zmyliła i ten tytuł „Atlas kotów”. Mamy go! – wrogowie prezesa zakrzyknęli i uruchomili machinę wyśmiewania. Zwolennicy zaś byli mocno zestrachani (pełni obaw – to miałem na myśli) i trochę ich sparaliżowało. Milczeli więc, udając, że nic się nie stało. W ten oto sposób, rękoma nieprzyjaciół i bez przeszkód w postaci wygłupów zagorzałych zwolenników, prezes całej Polski ocieplił swój wizerunek i to w dodatku za darmo. To znaczy prawie za darmo, bo ów „Atlas kotów” dychę, albo i dwie chyba kosztuje. 
 
A to nie koniec korzyści. Ocieplenie wizerunku wśród potencjalnych wyborców to jedno, kolejna korzyść zaś jest taka, że temat z kotów dzikich i domowych zdominował dyskurs polityczny w Polsce na parę długich dni, „przykrywając” inne tematy zastępcze, rytualne pohukiwania i nawoływania, iż źle się dzieje i będzie jeszcze gorzej. Co mądrzejsi z totalnej opozycji zorientowali się, że prezes fortelem w pole ich wyprowadził i próbowali zakryć złe wrażenie, inspirując teksty o politykach kociarzach i politykach psiarzach, ale już było za późno. Ten bój przegrali z kretesem.
 
Krwawy przywódca może się śmiać pod nosem, głaszcząc kota i patrząc na rozpaczliwe wygibasy adwersarzy, którzy nie zrozumieli, że nie da się prowadzić skutecznej polityki bez chociażby odrobiny poczucia humoru. Nie jadowitej złośliwości i agresywnej głupoty (tego mamy w nadmiarze), ale poczucia humoru właśnie. Obmyśliliśmy nawet z kolegą nazwę dla tej metody wyprowadzenia w pole adwersarzy, który zastosował prezes, a mianowicie jest to metoda „na mruczka”.
 
Jeden z Drugą:)
źródło foto:twitter.com