Media w czasach zarazy

Kiedyś w marcu przedszkolaki ruszały na poszukiwanie pierwszych oznak wiosny. Tu pierwiosnek, tam zawilec. Pierwsze bazie, pączki, listki. Gdzieś ostatnia, smutna spływa kra. Ten marzec jest inny. Nic spływa, bo zimy nie było. Zamiast dzieci, grupy pracowników mediów trzymając się za ręce, już pod koniec lutego wyruszyły na poszukiwanie pierwszych oznak koronawirusa w Polsce. Bo to wstyd przed Europą, że do nas jeszcze nie zawitał, a nawet Białoruś już jeden przypadek ma. Część poszukiwaczy twierdziła, że tak naprawdę koronawirus już dawno u nas jest, ale z powodu nieudolności polskiego rządu nie został jeszcze wykryty. Inni podejrzewali bardziej piętrową intrygę, w której rząd celowo ukrywa informację o wizycie zarazy, aby nagłośnić ją w odpowiednim momencie i wskazać, jak widowiskowo ją pokonuje dwoma ciosami „z karata”. W końcu udało się. Nie wypadliśmy sroce spod ogona. Też mamy tego bakcyla, co zresztą postanowił ogłosić 4 marca na nadzwyczajnej konferencji prasowej minister zdrowia. Co prawda nie jest to nasz rodzimy, nadwiślański koronawirus, bo przyjechał na polskim obywatelu z Niemiec. Ale u nas osiadł i świadczy, że nie jesteśmy jacyś inni. Też mamy wirusa, jak cała postępowa Europa.
 
W sumie owe perypetie z poszukiwaniem COVID-19 mogłyby pozostać przedmiotem żartów, gdyby nie fakt, że po pierwsze, koronawirus podobnie jak grypa bywa śmiertelny, po drugie zaś, po raz kolejny uświadomiłem sobie bezsilność zwykłej większości wobec perfidnej, ale wpływowej mniejszości, która na ludzkim strachu i panice usiłuje zrobić interes biznesowy bądź polityczny, albo oba geszefty jednocześnie. To w sumie była dość smutna konstatacja, że tak wiele informacyjnych portali, w dodatku mieniących się tzw. „poważnymi”, w ostatnich dniach poza kolejnym doniesieniami o koronawirusie praktycznie nie ma żadnych innych treści. Zbieg okoliczności? Wyraz odpowiedzialności za zdrowie czytelników? Kpiny. A zdjęcia pustek półek w sklepach, gdzie ludzie wykupili całe zapasy w obawie przez nadejściem zarazy? Kręcenie kamerą kałuży tak, aby wyglądała jak popowodziowe rozlewisko o metrowej głębokości, to przy tym lekkie odstępstwo od wymogów elementarnej rzetelności.
 
COVID-19 to znakomita okazja dla wielu „inżynierów społecznych”, aby poćwiczyć, jak ludzie są odporni na medialne manipulacje, jak sterować reakcjami dużych grup społecznych, jak wywołać panikę oraz jak to wszystko zmonetyzować. To też niezły poligon, który pozwala sprawdzić, jak długo to straszenie zarazą można ciągnąć, zanim ludzie się zmęczą i z fazy strachu przez zarazą przejdą nieuchronnie do fazy powszechnych kpin z ataku chińskiego koronawirusa na postępową Europę, a maseczki na twarzach staną się passe tak samo, jak niemodne stały się najpierw spodnie dzwony, a potem odwrotnie, obciachem były gacie zwężone na łydkach, aby ustąpić miejsca rurkom odsłaniającym kostki ledwo okryte skradzionymi przedszkolakom skarpetkami w truskawki. 
 
Jeden z Drugą:)
źródło foto:kwejk.pl