Marzeń szczyt

45 lat temu rozpoczęto w Bielsku-Białej produkcję maluchów. Dwa dni po 4 czerwca, czyli 6 czerwca 1973 roku zmontowano pierwsze egzemplarze z włoskich części, natomiast oficjalnie produkcja ruszyła, a jakże, 22 lipca, czyli w dniu najważniejszego święta państwowego PRL. Jako rówieśnik malucha nie zamierzam snuć opowieści o propagandowych grach i zabawach w latach 70-tych, bo nie miałem wówczas o nich najbledszego pojęcia, a owa lipcowa data utkwiła mi w pamięci głównie dzięki słodyczom produkowanym przez stołeczne Zakłady Przemysłu Cukierniczego „22 lipca” – dawniej E.Wedel, obecnie bodajże Lotte Wedel. Ale nie o słodyczach będzie to felieton, ale o auteczku, które z ziemi włoskiej do polskiej przybyło. I zostało. 
 
Jak już napomknąłem, z maluchem jesteśmy rówieśnikami. Znamy się nie od dziś, a dokładnie od dziecka. Choć w latach 70-tych prywatnych samochodów w naszej Ojczyźnie było niewiele, to właśnie fiat 126p rozpoczął erę masowej motoryzacji w Polsce. Była to oczywiście masowość na miarę peerelowskiej biedy, niemniej w powszechnej opinii ten samochodzik zmotoryzował nasz kraj i to jest bezdyskusyjna prawda. Pamiętam, jak w leniwe, niedzielne popołudnia bawiliśmy się ze starszą siostrą w liczenie samochodów toczących się szosą z Beskidów do blokowisk Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego. Były różne konkurencje. Np. małe fiaty kontra duże fiaty, małe fiaty versus duże i inne polskie, czyli dodatkowo warszawy i syrenki, a nawet maluchy kontra reszta demoludów, czyli skody, zastawy, wołgi, łady, zaporożce, trabanty i wartburgi. Zwyciężała zawsze siostra, bo ze względu na starszeństwo jako pierwsza wskazywała, co będzie liczyć. Nie muszę dodawać, że konsekwentnie wybierała małe fiaty. Ja za to miałem pełną wolność w doborze kategorii, w której z góry było wiadomo, że przegram. Nie o takie liczenie aut walczyłem, ale cóż mogłem począć wobec faktu starszeństwa starszej siostry? Nic.
 
Moi rodzice nie mieli wówczas samochodu i to nie dlatego, że preferowali pekaes, pekape, itepe. Po prostu w owych czasach samochód, nawet taki, jak mały fiat, był dobrem luksusowym. Co więcej, owo motoryzacyjne dobro raczej się zdobywało, niż kupowało, dlatego maluch był niespełnionym marzeniem milionów. Wiem, że dziś to brzmi cokolwiek komicznie. Niemniej tak było, a w każdym razie ja tak zapamiętałem.
 
Mój tata swój pierwszy samochód, wymarzonego malucha, kupił przeszło 20 lat po rozpoczęciu produkcji tego auta w Polsce. 13 lat po tym, jak Perfect wydał singla, na którym pokpiwał, że telewizor, meble i mały fiat oto marzeń szczyt. Egzemplarz nabyty przez tatusia został wyprodukowany na dwa lata przed hucznymi obchodami 40-lecia PRL. Kupił go za odprawę, jaką otrzymał z zakładu pracy, który mu w ramach tzw. transformacji społeczno-gospodarczej zlikwidowano. Mimo to z tego starego auta cieszył się jak dziecko. Ja też. To był nasz pierwszy, własny samochód. Fiacika oddałem na złom na kilka miesięcy przed tym, nim wkroczyliśmy w XXI wiek. Zrobiłem to naprawdę z wielkim żalem. Ale to temat na inną opowieść.
 
Wiem, że maluch to był raczej wyrób samochodopodobny, tak jak czekoladopodobna była spora część produktów ZPC „22 lipca”. Niemniej zawsze, gdy wspominam, a gdzieniegdzie jeszcze widuję maluchy, to się zastanawiam: dlaczego, mimo że już od blisko 30 lat jesteśmy, jako się rzekło, we własnym domu, wciąż nie udało się nam wyprodukować własnego, polskiego samochodu? Nawet tak niedużego jak maluch. Chciałbym poznać prawdziwą przyczynę. Ale nie po to, by obchodzić rocznicę wydarzenia, które stanęło na przeszkodzie, ale żeby wiedzieć, co trzeba zrobić, aby ten błąd naprawić.
 
Jeden z Drugą;) 
źródło foto:pixabay.com/CC0