Ludzie od zadań specjalnych

Funkcjonariusze straży pożarnej już dawno przestali być kojarzeni tylko i wyłącznie z gaszeniem pożarów czy prowadzeniem akcji ratowniczych podczas klęsk żywiołowych. Na codzień mają wiele innych obowiązków. Są wszędzie tam, gdzie potrzebna jest szybka pomoc.

Niektóre akcje zapisują się w ich pamięci do końca życia. Najczęściej są to te zdarzenia, podczas których poszkodowane zostają dzieci lub trzeba wyciągać ludzi z płonących budynków i udzielić im pierwszej pomocy. Maciej Koster, przewodniczący Solidarności w Komendzie Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Myszkowie szczególnie zapamiętał pożar, do którego doszło w zeszłym roku. – W środku nocy zapalił się dom. To był budynek starszego typu. Na dole znajdowała się kuchnia, która została wyłożona boazerią, co sprawiło, że płomienie bardzo szybko się rozprzestrzeniały. Ludzie spali na górze i byli kompletnie zaskoczeni. Pożar odciął im drogę ucieczki. Stali w oknach i czekali na nasz przyjazd. Niemal w ostatniej chwili wyciągnęliśmy ich po drabinach. Jedna osoba trafiła do szpitala, ale na szczęście wszyscy żyją – opowiada.

W podobnej akcji brał także udział Dawid Janeta, szef Solidarności w Komendzie Miejskiej PSP w Jastrzębiu-Zdroju. – Niedawno gasiliśmy pożar domu jednorodzinnego. Okazało się, że u mężczyzny, który został poszkodowany, doszło do zatrzymania krążenia. Nieprzytomnego wynieśliśmy z zadymionego budynku i rozpoczęliśmy reanimację. Udało się przywrócić krążenie i oddech – opowiada.

Nietypowe wezwania
Damian Kochoń, przewodniczący Międzyregionalnej Śląskiej Sekcji Pożarnictwa NSZZ Solidarność podkreśla, że strażacy są wysyłani praktycznie wszędzie. Spośród 3,5 tys., wezwań, które co roku otrzymuje jego macierzysta komenda PSP w Gliwicach, wiele ma nietypowy charakter. – Kiedyś zostaliśmy wysłani do wypadku na autostradzie. Zapalił się samochód przewożący zwierzęta hodowlane. Musieliśmy je ewakuować i zaprowadzić do innego pojazdu. Nie było to łatwe zadanie – mówi Kochoń.

Najtrudniejsza akcja, w której brał udział, była związana z gaszeniem pożaru niewybuchów na terenie jednej z jednostek wojskowych– Niewybuchy były składowane na dwóch samochodach. Doszło do samozapłonu i zapalenia się obydwu pojazdów. Żeby podjąć skuteczne działania musieliśmy odstąpić od postępowania, które powszechnie uznawane jest za bezpieczne. Wybrałem kilku ochotników, którzy musieli podejść dość blisko, by ugasić płomienie. To było niebezpieczne, bo cały czas dochodziło do kolejnych eksplozji – podkreśla.

Z braku wyobraźni
Strażacy zwracają uwagę, że do wielu dramatycznych sytuacji dochodzi z winy ludzi, którym brakuje wyobraźni. Zdarza się, że w piwnicach budynków oraz w mieszkaniach, w których wybuchł pożar, znajdują się niebezpieczne materiały, ale strażacy o tym nie wiedzą. Dochodzi do wybuchów i mimo wysiłków strażaków, pożar się rozprzestrzenia. Problemem jest też nielegalne podłączanie prądu. – Kilka lat temu podczas jednej z akcji prowadzonych na terenie województwa śląskiego strażacy zostali śmiertelnie porażeni prądem, który był podłączony nielegalnie – wspomina Damian Kochoń.

Szukanie zaginionych
Państwowa Staż Pożarna jest także tą formacją, która korzystając z pomocy specjalnie szkolonych psów prowadzi akcje poszukiwania ludzi m.in. pod gruzami zawalonych budynków. Jeden z zespołów zajmujących się takimi poszukiwaniami powstał w jastrzębskiej jednostce PSP. Mateusz Cupek ze swoim labradorem brał udział w ponad 80 akcjach poszukiwawczych. Podkreśla, że działania prowadzone na gruzach budynków są bardzo niebezpieczne. W każdej chwili może dojść do zawalenia. Jedna z najtrudniejszych akcji poszukiwawczych miała miejsce rok temu w Świebodzicach i trwała dwa dni. – Po wybuchu gazu zawaliła się kamienica. Rozbieraliśmy górną część dachu, niestety ta część budynku, którą dostaliśmy do przeszukania, była doszczętnie zawalona. W tym miejscu nie było szans na przeżycie, nie odnaleźliśmy żywych osób – wspomina.

Mateusz Cupek musi cały czas się szkolić i tresować swojego labradora. Specjalistyczne ćwiczenia na gruzowisku lub w lesie organizowane są trzy razy w tygodniu. Zawsze gdy jest na służbie, ma ze sobą psa. Do wyjazdu są gotowi w każdej chwili, bo służbowy telefon może zadzwonić także po godzinach. Wtedy trzeba zostawić wszystko, wsiąść do samochodu i jechać na na miejsce akcji.

Agnieszka Konieczny
Źródło foto: commons.wikimedia.org/SQ9NIT/CC BY-SA 4.0