List z urzędu

Jakiś czas temu przyszedł do mnie list z Urzędu Wojewódzkiego. Taki sam dostali wszyscy mieszkańcy mojego bloku. Poinformowała mnie o tym pani listonoszka, a następnie wręczyła mi „polecony”, patrząc na mnie badawczym wzrokiem i licząc, że może ja wiem, co to za heca. Nie wiedziałem i szczerze mówiąc, lektura pisma niewiele w tej kwestii zmieniła. Parę paragrafów, garść odsyłaczy do ustaw i rozporządzeń oraz kilka zdań tej okropnej formalno-urzędniczej nowomowy. Zrozumiałem tylko, że w pobliżu mojego bloku będzie remontowana droga i że remont obejmie również część działki, na której znajduje się nasz blok. Pouczono mnie, że zgodnie z paragrafem takim i takim mam prawo do zażalenia w takim i takim referacie. Innymi słowy władza spełniła swój prawny obowiązek i obywatela poinformowała. Co prawda owa informacja niewiele obywatelowi wyjaśniła, ale to już problem jego, a nie władzy.
 
Treść urzędowego pisma wywołała w naszym bloku wielkie poruszenie, zwłaszcza wśród starszych pań sąsiadek, które mają w zwyczaju przesiadywać na ławeczce przed blokiem w celu wymiany najnowszych ploteczek. Pogodne zwykle i uśmiechnięte emerytki, tym razem były solidnie przestraszone. Dla nich każdy list z państwową pieczątką jest powodem do niepokoju, bo gdy władza pisze do obywatela, to jak amen w pacierzu musi się dziać coś złego. Następnego dnia po wizycie listonoszki, już wysiadając z samochodu po powrocie z pracy wiedziałem, że gdy tylko dojdę do ławeczki, zostanę zapytany, czy też dostałem złowieszcze pismo z pieczątką. Tak też się stało. Panie sąsiadki zbiorowym wysiłkiem uradziły, że decyzja o wyburzeniu naszego bloku pod autostradę w zasadzie już zapadła i nasz los jest przypieczętowany. Zostaniemy wywłaszczeni i wywaleni na bruk. Ratunku czekać znikąd. Próbowałem je uspokoić, że może nie będzie tak złe, ale moje wysiłki spełzły na niczym. Pozostało mi tylko odwiedzić urząd i spróbować dowiedzieć się czegokolwiek więcej, niż było napisane w nieszczęsnym piśmie, zanim sąsiadki rozpoczną budowę fosy wokół bloku na wypadek szturmu buldożerów. 
 
Po odszukaniu odpowiedniego referatu i pokoju zapukałem grzecznie do drzwi i jeszcze grzeczniej powiedziałem: „dzień dobry” siedzącej za biurkiem pani urzędniczce. Objaśniłem z czym przychodzę, a ona wyjaśniła mi wszystko tym razem, mówiąc ludzkim głosem, a nie paragrafami. Okazało się, że powodów do niepokoju żadnych nie ma, a wręcz przeciwnie. Żadnej autostrady nikt na miejscu naszego bloku budować nie chciał, a jedynie położyć nowy asfalt na pobliskiej drodze i przy okazji wyremontować naszą osiedlową dróżkę i chodnik. Chodnik leży na naszej działce, więc urząd miał obowiązek nas poinformować o swoich zamiarach. Ot i zagadka rozwiązania. 
 
Nie wiem, jak był witany Prometeusz przez ludzi, którym przyniósł wykradziony z Olimpu ogień, ale myślę, że wyglądało to podobnie jak reakcja moich sąsiadek, gdy ogłosiłem im radosną nowinę wykradzioną z urzędu wojewódzkiego. Do dzisiaj mam chody u emerytek z ławeczki, a moja córka zawsze dostaje od nich cukierki. 
 
Niby wszystko skończyło się happy endem, ale przecież całego zamieszania można było uniknąć. Można było przygotować pismo w sprawie remontu drogi bez paragrafów, za to z kilkoma zdaniami napisanymi zrozumiałym językiem. Władza mogłaby komunikować się z obywatelem normalnie, zamiast na każdym kroku sprowadzać go do poziomu petenta. Wówczas wszystkim byłoby łatwiej, lepiej, przyjemniej, a moje sąsiadki nie bladłyby ze strachu za każdym razem, gdy listonosz przynosi im list opatrzony urzędową pieczątką. Chyba, że władzy właśnie o to chodzi? 
 
Trzeci z Czwartą;)