Kto nie wygrywa na Śląsku, ten nie wygrywa w kraju

Chciałbyś wystąpić w „Uchu Prezesa”?
– Zdecydowanie tak. Mam dystans do siebie, więc pewnie niezależnie od tego, jakby mnie autor, czyli Robert Górski przedstawił, to bym się nie obraził. Jedyne, co by mnie zdenerwowało, to gdybym musiał za długo czekać u pani Basi w tym przedsionku.
 
Wystąpienie w „Uchu prezesa” to swego rodzaju nobilitacja...
– Dlatego też mówię, że chętnie bym wystąpił. 
 
Pewnie. Każdy by chciał. Ja chciałbym w roli pani Basi. Ale już na poważnie. Twórcy „Ucha prezesa” trafiają w punkt, pokazując mechanizmy funkcjonowania polskiej polityki. Właściwie wszystko zależy od decyzji przywódców partii rządzącej.
– W tej kwestii akurat nic się od lat nie zmienia. Przez dwie poprzednie kadencje zależało od Donalda Tuska i prominentnych polityków Platformy. Teraz zależy od polityków Prawa i Sprawiedliwości, a najważniejszym z nich, co nie ulega wątpliwości, jest prezes Jarosław Kaczyński.
 
Czy z punktu widzenia Solidarności dialog z obecną ekipą rządzącą jest łatwiejszy, niż z poprzednią?
– Przede wszystkim on jest. Bo w przypadku poprzedniej ekipy go nie było. Natomiast czy jest on łatwiejszy, czy trudniejszy, to powiem tak: jest trochę cwańszy. Za rządów Platformy powtarzaliśmy, że jedyne co się tej ekipie udało, to zjednoczyć związki zawodowe. Teraz można powiedzieć, że szczególnie w obszarze reform i restrukturyzacji w przemyśle ciężkim rządzącym udało się podzielić i poróżnić organizacje związkowe, bo takich wewnętrznych konfliktów między związkami, a szczególnie w górnictwie dawno już nie było. 
 
Z punktu widzenia ruchu związkowego ten brak jedności to bardzo zła sytuacja.
– Nie tylko z naszego punktu widzenia, ale z perspektywy wszystkich pracowników jest czymś groźnym, że związki zawodowe w kluczowych sprawach nie reagują tak, jak powinny, zaczynają rywalizować między sobą, dają się sterować przez różne gremia. Szczególnie zaczyna w tym brylować jeden związek zawodowy, z którym przez ostatnie lata współpraca była w miarę przyzwoita. 
 
Za rządów obecnej ekipy w obszarach ważnych dla pracowników widać znaczącą poprawę. I nie są to tylko subiektywne odczucia, ale potwierdzają to wskaźniki. Mamy najniższe po 1989 roku bezrobocie. Wzrost PKB to niezłe 4 proc. Weszło w życie kilka ustaw, które uwzględniły, może nie w całości, ale w znacznej części, postulaty Solidarności.
– To prawda. W sprawach ogólnospołecznych, dotyczących całości pracowników w kraju wiele rzeczy jest naprawdę bardzo pozytywnych. Począwszy od płacy minimalnej i minimalnej stawki godzinowej poprzez powrót do poprzedniego wieku emerytalnego, a skończywszy na programie Rodzina 500 plus, który likwiduje biedę wśród Polaków i prawdopodobnie przynosi zamierzony skutek w postaci poprawy wskaźników demograficznych. Ale to nie oznacza, że rząd może teraz nie robić już nic. Roboty jest mnóstwo, potrzebny jest dialog, tymczasem jego poziom jest, delikatnie mówiąc średni. 
 
Dialog między kim?
– Mówimy o dialogu pomiędzy związkami zawodowymi, a przedstawicielami rządu odpowiedzialnymi za poszczególne sektory gospodarki. Wszystkie te problemy, które podnosiliśmy w liście wysłanym na początku roku do pani premier Beaty Szydło nadal nie zostały rozwiązane. W dalszym ciągu nie wiemy, co się dzieje z Programem dla Śląska. W dalszym ciągu jesteśmy robieni „na szaro” jeśli chodzi o restrukturyzację górnictwa. W dalszym ciągu stoimy przed zagrożeniem likwidacji kopalń, które zostały wpisane na listę notyfikacyjną UE. W dalszym ciągu jesteśmy w głębokim lesie, jeśli chodzi o pakiet klimatyczny. Chcieliśmy w tych obszarach rządzącym pomóc, dysponując naszą wiedzą, doświadczeniem i naszymi ekspertami, podpowiadając możliwości pewnych rozwiązań. Niestety, z niewiadomych przyczyn rządzący tę pomoc odrzucają i odrzucają dialog ze śląsko-dąbrowską Solidarnością. Może to ma podłoże polityczne związane z tym, że poparłem Pawła Kukiza w wyborach prezydenckich.
 
Przecież start Pawła Kukiza wyborach prezydenckich był jednym z kluczowych czynników, dzięki którym wygrał je Andrzej Duda, a nie Bronisław Komorowski. A po drugie Ruch Kukiz`15 skutecznie zaczął kruszyć zabetonowaną scenę partyjną w Polsce i taki, a nie inny wynik wyborów parlamentarnych to w sporej części zasługa tegoż właśnie ruchu.
– Mnie tego nie musisz tłumaczyć, ale z kolei ludziom skażonym myśleniem partyjnym nie wytłumaczysz. To są tacy ludzie, którzy, jeśli nie przyznajesz im bezwzględnie racji, to jesteś wrogiem i już. Takie partyjniackie myślenie daje się odczuć również w relacjach bezpośrednich. Nawet jeśli prowadzisz konstruktywną krytykę i chcesz wskazać jednemu czy drugiemu posłowi, albo jednemu czy drugiemu ministrowi, że można coś zrobić inaczej, to jest to odbierane jako atak na Prawo i Sprawiedliwość. I w związku z tym, że poparłem Pawła, to dla aparatu partyjnego PiS i ja, i śląsko-dąbrowska Solidarność to kukizowcy, czyli ci, którzy nie wspierają we wszystkim PiS-u jednoznacznie. Nikt nie chce do siebie dopuszczać myśli, że my w naszym regionie od zawsze postępowaliśmy w myśl zasady, że za dobre chwalimy, a za złe ganimy. Niestety, o czym dobrze wiemy, wśród naszych kolegów w Solidarności też były takie osoby, które w związku z tym, że ośmieliłem się pójść w kwestii poparcia w wyborach prezydenckich pod prąd, posyłały do PiS sygnały: „Ukarzcie tego Kolorza, jak on tak może inaczej myśleć.” I te sygnały gdzieś tam w głowach pozostały. Muszę wobec tego przypomnieć, że w naszym regionie nie było obowiązku głosowania na Kukiza. Ja też jestem sympatykiem PiS, ale nie bezkrytycznym, a poza tym moją rolą i moim obowiązkiem jako przewodniczącego jest utrzymanie niezależności Solidarności w naszym regionie.
 
Pamiętam, jak przed wyborami działacze związku podkreślali, że nie można powtórzyć błędu sprzed 20 lat, jakim była AWS. Że nie można pozwolić do sprowadzenie związku do roli, jak określają to niechętni związkowi dziennikarze „zbrojnego ramienia PiS”. W praktyce owo „nie można powtórzyć” wygląda różnie...
– To prawda, a przekaz części mediów ten wizerunek „zbrojnego ramienia PiS” wzmacnia. W rzeczywistości relacje są inne. Solidarność odrzuca zarówno rolę totalnej opozycji, jak i podnóżka. Jest partnerem i tak chce być traktowana. Tymczasem PiS usiłuje nam wskazywać miejsce w szeregu, tak jakby nie doceniał naszej roli w zmianie na polskiej scenie politycznej. A przecież to my tu na Śląsku przyczyniliśmy się w bardzo znaczący sposób do tej zmiany i zwycięstwa PiS w wyborach parlamentarnych w 2015 roku. Pewnie sobie o tym przypomni za rok, przed wyborami samorządowymi, albo za dwa przed parlamentarnymi. 
 
Kłopoty polityków z pamięcią i zdolność jej nagłego odzyskiwania to norma. Podobnie jak normą jest różnica zdań między związkami zawodowym a rządzącymi.
– To prawda, ale można się różnić pięknie. Nie trzeba się tak naparzać, jak czyni to obecnie większość ugrupowań politycznych. Grunt żebyśmy się nawzajem słuchali, tymczasem mamy do czynienia z takim zjawiskiem, że prawda PiS jest jedyną prawdą. To jest niedobre, źle wróży na teraz i źle wróży na przyszłość.
 
Czy jest szansa, żeby zmienić ustawę o związkach zawodowych w taki sposób, aby związki zawodowe w Polsce wreszcie mogły się rozwijać, a nie tkwić w miejscu, a wręcz się zwijać?
– Szansa jest, ale ja w zmianę tej ustawy nie wierzę. W PiS niewielu jest posłów, którym mogłoby się chcieć w tej sprawie coś zrobić, za to wielu jest takich, którzy w kwestiach gospodarczych mają poglądy skrajnie liberalne. Poza tym nie ma takiej władzy, której zależy na umocnieniu roli związków zawodowych, a roli Solidarności szczególnie.
 
Czyli związki muszą o to zadbać same. Na przykład poprzez reformę wewnętrzną...
– Tak. My sami powinniśmy pokazać, w jaki sposób powinniśmy się zreformować i na bazie tej wewnętrznej reformy pokazać ludziom młodym nie tylko, że nie jesteśmy tacy źli, jak się nas od lat przedstawia, ale że jesteśmy potrzebnym, a wręcz niezbędnym elementem dla prawidłowego funkcjonowania rynku pracy i gospodarki w Polsce. Na najbliższym zjeździe krajowym musimy zacząć wprowadzać pewne zmiany wewnętrzne takie jak, m.in. kadencyjność na szczeblach kraju, regionu oraz sekcji i sekretariatów branżowych. Jest też propozycja, aby osoby, które nabyły uprawnienia emerytalne, nie zajmowały funkcji przewodniczących danych jednostek organizacyjnych. 
 
Celem jest oczywiście odmłodzenie związku?
– Oczywiście. To niezbędne. Przecież młodzi ludzie, gdy oglądają zdjęcia z posiedzeń z Komisji Krajowej czy zarządów regionów, to pytają z przekąsem, czy to fotorelacja z podwieczorku w domu spokojnej starości. Musimy to zmienić. Mam nadzieję, że od 2018 roku ta zmiana zacznie następować i młodzi ludzie w końcu zobaczą swoich rówieśników w tych gremiach. To będzie dla nich sygnał, że warto być w związku. 
 
2018 rok to rok wyborczy...
– Nigdy nie ma dobrego czasu na zmiany, ale wreszcie trzeba się zdecydować, bo inaczej doprowadzimy do tego, że wkrótce największą strukturą w związku będzie sekretariat emerytów i rencistów. I spełnią się marzenia Lecha Wałęsy o zwinięciu sztandaru Solidarności.
 
Wróćmy jeszcze do Programu dla Śląska. Zapowiadałeś, że jeśli ten projekt uda się sfinalizować, to założysz w końcu krawat...
– Na razie się na to nie zanosi. Osiem miesięcy temu byłem przekonany, że tak mniej więcej w czerwcu 2017, czyli za dwa tygodnie dokument będzie oszlifowany i stanie się częścią Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju pana premiera Morawieckiego. Były spotkania w tej sprawie, były rozmowy, ale bez praktycznego efektu. Ministerstwo Rozwoju nic z tym nie robi.
 
Przyznam, że mnie to też boli. I nie chodzi o to, że nie zobaczę, jak chodzisz „pod krawatem”, ale o to, że ten budzący wielkie nadzieje pomysł z Programem dla Śląska utknął w rządowych szufladach i kto wie, czy nie skończy w niszczarce. To się odbije rządzącym czkawką.
– Kto nie wygrywa wyborów na Śląsku, ten nie wygrywa wyborów w kraju. To proste. Konsekwencje polityczne tego marazmu w naszych relacjach mogą być dla PiS bolesne. Nasze priorytety jako Solidarności do końca kadencji obecnego parlamentu to doprowadzenie do umieszczenia w ustawie emerytalnej postulowanego przez związek stażu uprawniającego do emerytur, czyli 40 lat dla mężczyzn i 35 lat dla kobiet, ochrona polskiego przemysłu przed unijnymi zapędami dotyczącymi dekarbonizacji oraz wdrożenie Programu dla Śląska. Te trzy priorytety są dla nas fundamentalne. Jeśli nic się w tych obszarach nie ruszy, to niewykluczone, że będziemy musieli wyjąć flagi i odwiedzić pewien gmach w alejach Ujazdowskich.
 
W latach 2005-2007 podobnie jak teraz, mimo całej sympatii pomiędzy Solidarnością a PiS, relacje też często były szorstkie. Wówczas w roli rozjemcy i rzecznika strony pracowniczej i związkowej występował śp. prezydent Lech Kaczyński… 
– Myślę, że Solidarność może liczyć, że taką rolę będzie skutecznie pełnił obecny prezydent Andrzej Duda, który, jak dobrze pamiętamy, był bliskim współpracownikiem naszego nieodżałowanego przyjaciela, prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Uważam, że jego inicjatywa związana z referendum konstytucyjnym, aby zapytać Polaków jak ma wyglądać system państwa powinna się spotkać z bezwzględnym wsparciem Solidarności. Musimy poprzeć pomysł, aby w przyszłym roku odbyło się referendum z 9-10 pytaniami dotyczącymi najważniejszych elementów konstytucji. M.in., czy powinniśmy mieć system prezydencki, czy kanclerski, czy okręgi wyborcze jednomandatowe, czy powinna być instytucja odwołania posła przez wyborców, czy sędziowie Sądu Najwyższego powinni być wybierani w wyborach powszechnych. Po uzyskaniu odpowiedzi na te pytania powinna powstać nowa konstytucja, zgodna z wolą suwerena i przyjęta również w drodze referendum w 2019 roku. Generalnie nowa konstytucja powinna iść w takim kierunku, o jakim mówi i Solidarność i pan prezydent – jak najwięcej władzy dla obywateli.
 
Z Dominikiem Kolorzem, przewodniczącym śląsko-dąbrowskiej Solidarności
rozmawiał Grzegorz Podżorny