Kto choruje, niech nie je

Czy pracodawca musi być chciwcem bez sumienia i wyzyskiwaczem pogardzającym pracownikami? Jasne, że nie. To szkodliwy stereotyp. Szkodliwy dla jednej i drugiej strony. Wiadomo, że w interesie pracodawcy jest kupić jak najtaniej jak najlepszą pracę, a w interesie pracownika jest jak najdrożej swoją pracę sprzedać. Ale jeden drugiemu jest potrzebny, jeden bez drugiego istnieć nie może. To przecież truizm. Przez lata ewoluował cały system zasad prawnych, społecznych, moralno-etycznych, który ten stosunek pracownik-pracodawca reguluje, wskazując raczej na potrzebę współpracy, wzajemnego szacunku i działań na rzecz dobra wspólnego. Tym bardziej więc zdumiewa mnie fakt, że przedstawiciele organizacji pracodawców co jakiś czas występują publicznie z pomysłami, które konserwują ów stereotyp bezdusznego XIX-wiecznego kapitalisty, który 8-godzinny dzień pracy, opiekę socjalną i prawa pracownicze uważał za kompletną abberację. 
 
Ostatnio w tę rolę wcielił się niejaki Jeremi Mordasewicz ze związku pracodawców noszącego nazwę Konfederacja Lewiatan. Wysunął pomysł, żeby pracownik na zwolnieniu lekarskim otrzymywał tylko 60 proc. wynagrodzenia i żeby pierwsze trzy dni choroby były bezpłatne. To jego zdaniem ma być lekarstwo na nadużywanie zwolnień lekarskich przez pracowników. Powiecie, że się czepiam, wszak mógł pójść dużo dalej i powiedzieć, że skoro chory nie pracuje, to nic mu się nie należy. Wyzdrowieje, to odrobi. Nie wyzdrowieje, trudno. Tak chce niewidzialna ręka rynku i jak najbardziej widzialna jakość służby zdrowia. 
 
Ale czarny humor odłóżmy na bok i popatrzmy, jaki jest stan faktyczny. Większym problemem niż nadużywanie zwolnień lekarskich wydaje się być raczej fakt, że ludzie zaniedbują zdrowie, aby nie stracić na wynagrodzeniu. Minimum gwarantowane w Kodeksie pracy przewiduje, że pracownik na chorobowym otrzymuje 80 proc. wynagrodzenia, co spowodowało, że ludzie przychodzą do pracy z przeziębieniem, grypą, odmawiają przyjęcia zwolnień lekarskich, biorą urlop wypoczynkowy zamiast zwolnienia lekarskiego, bo najzwyczajniej w świecie nie chcą stracić jednej piątej swojej pensji. Przy napiętych budżetach domowych L-4 to katastrofa. Chory pracownik zaraża innych i robi się problem. Dlatego wielu pracodawców w zawieranych ze związkami zawodowymi porozumieniach i układach zbiorowych zapisywało ponadkodeksową regulację, że chorobowe jest płatne w 100 proc. Krótko mówiąc, dopłacali, aby pracownik mógł się wyleczyć, nie tracąc zarobków. Dodatkowym elementem zniechęcającym do nadużywania zwolnień lekarskich są dość popularne w zakładach pracy premie frekwencyjne, nazywane też premiami za brak absencji. Przy niskich płacach w naszym kraju, to dla pracodawców żaden koszt, a dla pracowników skuteczna motywacja, aby ze zwolnienia lekarskiego korzystać tylko wtedy, kiedy to jest konieczne. 
 
Pomysłodawca karania pracowników za to, że zachorowali, pewnie poczułby się dotknięty porównaniem go do karykaturalnej postaci XIX-wiecznego wyzyskiwacza. Sam jednak zdaje się wierzy w rozpowszechniony wśród części tzw. ludzi biznesu stereotyp, że każdy pracownik tylko patrzy jak się wymigać od roboty, na chorobowe uciec, biednego pracodawcę wykorzystać, a może i okraść ludzkiego pana. Owszem takie miglance też są, ale jestem przekonany, że są w mniejszości, podobnie jak, w mniejszości, mam nadzieję, są pracodawcy, którzy nie rozumieją, że ich zysk to dobro wspólne wypracowane razem z ludźmi, których zatrudniają.
Wesołych Świąt.
 
Jeden z Drugą;)