Koniec świata przychodzi znienacka

Końca świata nie było. Znowu. Teraz oczywiście każdy się chwali, że od początku wiedział, jaki będzie finał przepowiedni niejakiego Davida Meade’a. Najgłośniej ci, którzy jeszcze w zeszły piątek trzęśli ze strachu portkami przed skutkami pierdyknięcia w Ziemię tajemniczej planety Nibiru. Trochę końców świata w swoim niedługim, ale też i nie aż tak krótkim życiu widziałem.
 
Zawsze wygląda to tak samo. Nie wiadomo skąd pojawia się wariat, który twierdzi, że naukowo wyliczył, kiedy nastąpi koniec świata. Oczywiście jego wyliczenia są oparte na wiedzy przedstawicieli starożytnych cywilizacji. Oczywiście owa wiedza przez tysiąclecia była ukryta przed wzrokiem postronnych, ale w odpowiednim czasie i miejscu została ujawniona właściwej osobie. Skromnemu naukowcowi amatorowi, który dzięki mrówczej pracy i wrodzonemu geniuszowi został wybitnym przewidywaczem przyszłości, czyli – jak to się dawno temu mówiło – prorokiem. Nie wróżbitą Maciejem, ale prorokiem właśnie. Jak głosi przysłowie, trudno być prorokiem we własnym kraju, więc co dopiero na własnej planecie. Dlatego nie dziwimy się Davidowi Meadowi, że nie trafił z tą datą końca świata. Ale chłopina się nie poddaje. Obecnie utrzymuje, że nie twierdził jakoby 23 września 2017 roku miał nastąpić koniec świata, ale że według jego wiedzy w październiku rozpocznie się początek końca świata. Sprytne, prawda? Początek końca, koniec początku końca i środek środka końca końców. Tak można właściwie bez końca i jeśli będziesz miał szczęście oraz odpowiednią dawkę tupetu, to możesz z tego pieprzenia nieźle i długo żyć, pracując jako tzw. ekspert i doradca do spraw końca świata.
 
Straszenie końcem świata to biznes stary jak świat. Kiedyś szamani, druidzi, wróżbici oraz książęta i królowie, dziś na ludzkich strachach i emocjach nieźle zarabiają firmy ubezpieczeniowe, koncerny farmaceutyczne, medyczne, a nawet spożywcze, wymyślając kolejne produkty, po zjedzeniu których nie tylko koniec świata ci nie grozi, ale nawet pryszcze na nosie. Ze straszenia ludzi nieźle też żyją politycy. Taka praca, taki zawód to jest przecież. Kto efektowniej i bardziej postraszy, ten wygrywa i zarabia. Jedno z moich ulubionych sformułowań używanych przez polityków brzmi tak: „Nie chcę nikogo straszyć, ale...”.
 
Tymczasem ludzie dorośli powinni już wiedzieć po co najmniej 18 latach życia na tym łez padole, że koniec świata przychodzi znienacka, jak złodziej i do każdego indywidualnie. Nawet jeśli z daleka wygląda to na wypadek grupowy. I zawsze jest to koniec niespodziewany. Mimo znaków na ziemi i na niebie. I zawsze, już po wszystkim, świadkowie końca świata opowiadają sobie, że przeczuwali, że coś wisiało w powietrzu, coś błysnęło dwa razy i zgasło. Ale pewności nie mieli. I całe szczęście, że nie mieli. Mając pewność, pozbywasz się nadziei i wiary, że walka do końca ma sens.
 
Pamięci Ostrego
 
Jeden z Drugą;)