Historia się powtarza

Nowomowa, przekręcanie znaczenia słów, robienie dzieciom wody z mózgu, umiejętne korzystanie z tzw. pożytecznych idiotów, czyli osób szczególnie licznych w grupie ludzi aspirujących do bycia częścią tzw. elit społecznych. Żelazne elementy sowieckiej (i nie tylko sowieckiej) propagandy. Przerabialiśmy ten temat, przerabiali go nasi rodzice. Niestety, choć tego nie chcieliśmy, będą to też przerabiać nasze dzieci.
 
Pokolenie dzisiejszych 40- i 50-latków wycinało w szkołach gołąbki z papieru i było przekonywane, że dokłada w ten sposób swoją cegiełkę do bohaterskiej walki obozu krajów socjalistycznych o pokój na świecie. O tym, że pokój mają przynieść zagony ruskich sołdatów, czołgi, wyrzutnie rakietowe i rakiety balistyczne już się nie mówiło głośno. 
 
Potomkowie tamtych dzieci dziś są nakłaniani do udziału w tzw. „Młodzieżowym Strajku Klimatycznym”. Ta nazwa do złudzenia przypomina sowieckie słowopotwory. Oczywiście nic w tej nazwie się nie zgadza. Ani to strajk, ani klimatyczny, lecz antywęglowy i na pewno ów, jak to się dziś mówi, event, nie jest organizowany przez młodzież, lecz przez dorosłych, cynicznych cwaniaków lub tzw. pożytecznych idiotów. Tak na marginesie, dla poszerzenia wiedzy ogólnej, przypomnę więc tylko kochanej młodzieży, że strajk to powstrzymanie się od pracy. Demonstracja, wiec czy pikieta strajkiem nie są. Tak samo jak zorganizowane przez dyrekcję placówki oświatowej wagary nie są wagarami tylko wycieczką szkolną. 
 
Jest jasne, że dla większości dzieci ten postsowiecki „Młostrajklim” to jakiś nudny bzdet, niewiely lepszy od szkolnej akademii, ale jednocześnie to znakomita okazja, żeby nie siedzieć w szkole i szybciej zerwać się do domu, więc grzech nie skorzystać. Ale nie ma też wątpliwości, że niestety część dzieci padnie łupem ekopropagandy. 
 
Dziś absurdalna może wydawać się opowieść o tym, iż jakiś dzieciak doniesie policji klimatycznej na rodziców, że palili w piecu, żeby jemu nie było zimno, ale on w imię ideałów klimatyczno-energetycznych się na to nie zgadza i domaga się wsadzenia rodzicieli do więzienia. Problem w tym, że podobne absurdy niestety się urzeczywistniały, choć wydawało się to niemożliwe. Było to właśnie w Związku Sowieckim. Dość przypomnieć dwie postacie. Pierwsza to 14-letni Pawlik Morozow, członek Komunistycznego Związku Młodzieży, czyli „Komsomołu”, który w imię ideałów partii doniósł na własnego ojca, że jest kułakiem, pomaga innym kułakom i ukrywa zboże przed rekwizycją. Pawlik doniósł, choć wiedzał, że tym sam skazuje tatę na wpobyt w łagrze. Drugi to 13-letni Pronia Kołybin, który doniósł na swoją matkę. Mama jak to mama, w czasie klęski głodu spowodowanej kolektywizacją rolnictwa zebrała dla syna i jego rodzeństwa garść kłosów zboża leżących na polach. Tymczasem za pięć skradzionych kłosów dekret z sierpnia 1932 roku przewidywał karę śmierci. Proni to nie powstrzymało. Jego mama trafiła do więzienia. Obaj nastolatkowie, a szczególnie Morozow byli stawiani innym sowieckim dzieciom za wzór.
 
Gdy widzę teraz jakieś obrazki ze „strajkującymi” w „obronie klimatu” dziećmi, to przypomina mi się powiedzenie Karola Marksa, o tym, że historia się powtarza, tyle że za pierwszym razem jako tragedia, a za drugim jako farsa.
 
Jeden z Drugą:)
źródło foto: commond.wikimedia.org/Iwan Kulikow "Pionierzy"