Gorąco? Węgiel winny. Zimno? Też węgla wina

 Nasze dni są już policzone, a zagłada nieunikniona. Kto na przełomie czerwca i lipca śledził tzw. wiodące media, wie dlaczego. Kilka gorących dni w lecie tylko z pozoru było czymś zupełnie normalnym. Tak naprawdę ostatnia fala upałów stała się ostatecznym i niezbitym dowodem na to, że oto rozpoczął się klimatyczny kryzys, będący wstępem do globalnej apokalipsy. W mediach tzw. głównego nurtu jedyny spór w tej kwestii dotyczył w zasadzie tego, czy już lada moment przyjdzie nam umrzeć bezpośrednio z powodu gorąca i po prostu ugotujemy się żywcem, czy raczej pomrzemy z głodu i pragnienia, bo roślinność wypali do ostatniego korzonka, a zbiorniki słodkiej wody wyparują co do kropelki.
 
Za to w jednej kwestii wszyscy byli zgodni. Winnym naszej rychłej zguby jest węgiel i to w zasadzie wyłącznie ten wydobywany w polskich kopalniach. Wszak wiadomo, że wszyscy inni już dawno z węgla zrezygnowali. Tacy np. Niemcy odtrąbili ostatnio z wielką pompą, że oto w imię ekologii, aby ratować rodzaj ludzki przed zagładą, zamknęli ostatnią kopalnię węgla kamiennego. Z roztargnienia i przez nieuwagę zapomnieli dodać tylko, że nadal na potęgę wydobywają węgiel brunatny, czyli ten zdecydowanie bardziej „brudny” i nieprzyjazny misiom polarnym. Kopalnie odkrywkowe u naszych zachodnich sąsiadów produkują go rocznie ok. 170 mln ton. Niemcy, gapy jedne, zapomnieli też wspomnieć, że choć węgla kamiennego już nie kopią, to importują go najwięcej w Europie (ponad 50 mln ton w 2017 roku).
 
Kto by tam jednak szukał dziury w całym gdzieś za Odrą, skoro dyżurny winowajca już czeka na własnym podwórku i nie trzeba nigdzie za nim biegać. Na dodatek pogoda sama dostarcza argumentów, a w razie czego jakiś dyżurny ekspert z Greenpeacu czy innego WWF zawsze chętnie kubełek pomyj na węgiel wyleje. Łamy i czas antenowy same się zapełniają, a klikalność rośnie pod sufit. Do tego dochodzi to błogie uczucie, że jesteśmy tacy nowocześni, ekologiczni i postępowi. W odróżnieniu od tych nieuków i oszołomów, co węgla bronią, wiemy doskonale, że nie jest on nam do niczego potrzebny, bo przecież prąd bierze się z gniazdka, a żeby w zimie zrobiło się ciepło, wystarczy odkręcić kaloryfer.
 
Wszystko tak ładnie się układało, aż tu nagle po kilku dniach upały się skończyły i zamiast 35 kresek na termometrze zrobiło ledwie 20 z małym haczkiem. W lipcu to jednak raczej kiepsko. Czy to oznacza, że czeka nas epoka lodowcowa i niebawem zamiast nad morze będziemy jeździć w sierpniu na narty? Skądże znowu! Zasada jest następująca: gdy jest gorąco, mamy kryzys klimatyczny i zaraz wszyscy zginiemy. Z kolei kiedy robi się chłodno to nie ma to nic do rzeczy, bo przecież pogoda to nie to samo co klimat. Tylko ostatni kretyn może twierdzić co innego. Gdy gra toczy się o przetrwanie ludzkości, logika i zdrowy rozsądek nie powinny stawać na przeszkodzie. 
 
Trzeci z Czwartą ;)