Gdyby historia potoczyła się nieco inaczej

A gdyby tak historia potoczyła się nieco inaczej i dotychczas nikt nie wynalazłby silnika spalinowego, a my nadal  przemieszczalibyśmy się konno lub pieszo? Świat z pewnością wyglądałby inaczej. Niemniej jestem w stanie uznać za prawdopodobne, że nie byłyby to różnice ogromne. W wielkich miastach w godzinach szczytu konie, bryczki, wozy i powozy przepychałyby się w ślimaczym tempie po kocich łbach. Konie na raty, wierzchowce w leasingu, używane szkapy z Niemiec oraz ta specyficzna odmiana środka transportu – czyli konie służbowe. Najpierw sprytni producenci wprowadziliby modę, a potem rządy obowiązek zmiany podków z zimowych na letnie i odwrotnie. Na pewno byliby kowale autoryzowani przez stadniny i autoryzowane stajnie, a także całe mnóstwo malutkich warsztacików oraz stajenek z usługami weterynaryjnymi reperującymi konie za jedną trzecią ceny żądanej przez autoryzowanych.
 
Na stacjach z obrokiem można by było kupić różne rodzaje karmy, z większą lub mniejszą zawartością owsa, chrzczone plewami i z pewnością stanowczo za drogie. Jestem przekonany, że na wysoką cenę tego końskiego paliwa zasadniczy wpływ miałyby akcyza, kopytne, podkowne oraz rzecz jasna VAT. Bo jakoś mi się nie chce wierzyć, że mimo alternatywnego biegu historii, żaden z rządów nie wpadłby na pomysł wprowadzenia tej łupieżczej daniny. I wcale bym się nie zdziwił, że w Polsce nie byłoby polskich koni. Podejrzewam, że w całym kraju funkcjonowałoby tylko kilka stadnin, w których płodzono by konie, ale wyłącznie na licencji arabskiej, angielskiej i oczywiście niemieckiej. Natomiast w specjalnej strefie ekonomicznej pod Katowicami stałyby montownie siodeł, uprzęży, strzemion i innych akcesoriów do jazdy konnej, gdzie zasuwałaby w piątek i świątek czterokrotnie tańsza niż w zachodniej Europie siła robocza. 
 
A gdyby tak zamiast silnika spalinowego, w samochodach montowano silniki parowe? Czy na Górnym Śląsku i w Zagłębiu Dąbrowskim mielibyśmy raj na ziemi? Brzmi kusząco, ale obawiam się, że skończyłoby się jak zwykle. Właścicielami kopalń zostaliby zaprzyjaźnieni z kim trzeba inwestorzy z Niemiec i z Francji, a nad całością interesów czuwałby Wielki Brat zza Wielkiej Wody, gotów w każdej chwili przynieść demokrację i stabilizację do kraju, który chciałby naruszyć światowy porządek carbodolarami. A gdyby nawet się udało i pozwolono by nam pomarzyć o gospodarczym cudzie opartym na produkcji czarnego złota, to proszę nie zapominać, że w stolicy europejskiej biurokracji siedzą tłuste misie, które wiedzą, jak i z czyjej barci miód wybierać. Podatek, embargo, myto, handel uprawnieniami do zjazdu windą pod ziemię i do wyjazdu, do wydobycia, do sortowania i do emisji pary wodnej. Dla posłusznych pomoc na likwidację kopalń, pomoc na likwidację środków do bogacenia. A jak trzeba, to się armię ekologów pchnie do boju. Znajdą zielone ludziki pod ziemią unikalne żyjątko i trzeba będzie tam założyć rezerwat, a nie węgiel wydobywać.
 
Jak wobec tego żyć, skoro nawet alternatywne wersje historii niespecjalnie pozwalają wierzyć, że mogłoby być zdecydowanie lepiej, niż jest? Nie mam pomysłu. Zapytałem o to syna. Odpowiedź była krótka: „Grunt, żeby było Wi-Fi, a reszta jest bez znaczenia”.
 
Jeden z Drugą;)