Gdy działamy razem

Często narzekam na jakość informacji publikowanych w internecie. W mediach tradycyjnych każdy tekst ma autora i odbiorcę. Role są jasno podzielone. Autor bierze odpowiedzialność za to, co opublikował, a odbiorca wie, skąd i od kogo informacja pochodzi. W internecie te granice się zacierają. Treści są linkowane, kopiowane i przeklejane przez kolejne portale, strony i stroniczki, a na końcu udostępniane w mediach społecznościowych, gdzie ich autorstwo gubi się całkowicie, a wraz z nim jakakolwiek odpowiedzialność za publikowane treści. 
 
Jednak to, co jest główną wadą internetu, jest jednocześnie jego największą wartością. Jest bliżej swoich odbiorców, którzy sami za pomocą przycisku „udostępnij” decydują o tym, która informacja jest dla nich ważna, a która nie. W mediach tradycyjnych jest inaczej. Regionalnych w zasadzie już nie ma, a te ogólnopolskie skupiają się na opisywaniu oderwanych od rzeczywistości elit, przez co same coraz bardziej tracą z tą rzeczywistością kontakt. Przykład najprostszy z możliwych, to maglowanie od wielu tygodni kampanii wyborczej kandydatów na prezydenta Warszawy, choć poza mieszkańcami stolicy raczej mało kogo to obchodzi. W internecie niby jest podobnie, a jednak nie do końca. Czasem do sieci przebije się informacja, która nie ma szans znaleźć się w drukowanej wersji ogólnopolskiej gazety, nie mówiąc już o radiowym czy telewizyjnym serwisie informacyjnym. 
 
Niedawno, gdzieś na marginesie jednego z tzw. poważnych portali internetowych, przeczytałem artykuł o grupie meksykańskich pracowników zatrudnionych na budowie w USA, którzy zrobili coś niezwykłego. W chwili, gdy pracodawca bez wyraźnego powodu zwolnił kilku z nich, reszta liczącej ok. 100 osób grupy po prostu odłożyła narzędzia i z podniesionymi głowami opuściła plac budowy. Całe zdarzenie nagrał inny pracownik. Na niespełna dwuminutowym filmiku wykonanym telefonem widać solidarność i godność. Widać odwagę na twarzach ludzi, którzy zdobyli się na to, aby upomnieć się o drugiego człowieka kosztem własnych interesów. Widać, że gdy działamy razem, jesteśmy w stanie robić rzeczy niezwykłe. Film robi piorunujące wrażenie. Nagranie rozprzestrzeniło się jak wirus po całym świecie. W ciągu niecałych trzech tygodni na Facebooku obejrzały je 3 mln ludzi, kolejne 1,5 mln na Youtubie i setki tysięcy na innych portalach, stronach i stroniczkach. Pod filmem komentarze publikują ludzie ze Szwecji, Irlandii, Włoch, Niemiec czy Polski. Na nich wszystkich to krótkie nagranie działa tak samo, bo emocje i wartości w nim ukazane są uniwersalne. 
 
Ja widziałem je także na własne oczy. Widziałem je na twarzach górników z kopalni Kazimierz-Juliusz, gdy w 2014 roku kończyli strajk po podpisaniu korzystnego porozumienia. Widziałem je w kilkunastotysięcznym tłumie mieszkańców Bytomia, który na początku 2015 roku przeszedł ulicami miasta w obronie tamtejszej kopalni. Widziałem je wśród pracowników Bitronu, którzy przeprowadzili zwycięski strajk w 2013 roku. Tym zdarzeniom i wielu innym, podobnym, tradycyjne media nie poświęciły nawet 10 proc. uwagi, którą codziennie poświęcają np. kampanii samorządowej w stolicy, choć bez wątpienia były to wydarzenia ciekawsze, pełne treści i prawdziwych, a nie reżyserowanych emocji. Na szczęście jest jeszcze Internet. 
 
Trzeci z Czwartą:)