Ekologia i ekobiznes

Dla jednych urlop to smażenie się na plaży, dla innych wyjazd do rodziny na wieś lub po prostu czas, kiedy dzieci jadą na wakacje i wreszcie można we względnym spokoju trochę w domu posiedzieć. Jednak czasem zdarza się tak, że zamiast wyczekiwać urlopu z utęsknieniem, czekamy z rosnącym niepokojem. Tak dzieje się, gdy z ust małżonki padnie złowieszcze słowo „remont”. Wówczas już wiemy, że z urlopu wrócimy do roboty zmęczeni bardziej niż byliśmy przed jego rozpoczęciem, a na dodatek spłukani do cna niczym po wczasach w pięciogwiazdkowym kurorcie w ciepłych krajach. 
 
W tym roku padło na mnie. Nie próbowałem nawet się bronić i zaakceptowałem wyrok, że w tym roku urlop spędzę co prawda wysoko, z tym że nie w górach, ale na drabinie. Ten felieton nie będzie jednak traktował o remoncie samym w sobie, ale o jego produkcie ubocznym, czyli śmieciach, które po nim pozostają. Takich śmieci jak wiadomo nie można wywalić do zwykłego śmietnika. W moim mieście raz do roku można sobie zamówić za frajer kontener na odpady remontowe. Mój remont jednak nie był duży. Ot, parę foliowych worków z gruzem, jakieś stare tapety, wiaderka po gładzi i farbie, trochę innych rupieci. Pomyślałem sobie, że nie będę marnował publicznych pieniędzy. Podstawienie takiego kontenera pewnie sporo kosztuje, a ja przecież nie wypełnię go nawet w połowie. 
 
Jako świadomy ekologicznie obywatel wiedziałem, że jest jeszcze inne rozwiązanie, a imię jego: punkt selektywnej zbiórki odpadów komunalnych w skrócie PSZOK. Dla niewtajemniczonych jest to takie miejsce prowadzone przez gminę, gdzie stoją kontenery na odpady wszelakie. Dumny i zadowolony z samego siebie zapakowałem remontowe śmieci do mojej 15-letniej igły. Zajechałem. Z uśmiechem na twarzy przywitałem się z pracownikiem PSZOK. Jednak zamiast pochwał i podziękowań za obywatelską postawę, usłyszałem, że mam się zabierać z powrotem z moimi workami, bo kontener na gruz jest pełny. Pan wyjaśnił mi, że dzielni włodarze mojego miasta tak zmyślnie skonstruowali umowę z firmą odbierającą odpady z PSZOK-u, że ta robi to raz w miesiącu, a czasami rzadziej. Jako że była pierwsza połowa sierpnia, pan kazał mi zadzwonić za jakieś 3 tygodnie i grzecznie zapytać, czy jest szansa pozbyć się moich paru woreczków. Wracając razem z moim gruzem do domu, zastanawiałem się, ilu frajerów podobnych do mnie, po równie owocnej wizycie w PSZOK-u po prostu wywaliło śmieci do lasu. 
 
Opisałem Wam, Drodzy Czytelnicy moją przygodę z ekologią nie po to, żeby się wyżalić, a w każdym razie nie tylko po to. Dzisiaj przeczytałem w internetach, że Greenpeace rozwiesił na portowym dźwigu w Gdańsku transparent „Polska bez węgla”. Ciekaw jestem, czy któryś z bohaterskich aktywistów tej organizacji byłby w stanie rozwinąć skrót PSZOK. Mam co do tego spore wątpliwości. Problem marnej gospodarki odpadami jest dla nich pewnie równie nieistotny, jak 1,5 mln m3 szamba wpompowanego do Wisły. Baner wywieszony na PSZOK-u nie przysporzyłby im ani rozgłosu, ani kolejnych zer na koncie. A co do moich śmieci z remontu, to po powrocie z PSZOK-u poddałem się i zadzwoniłem do urzędu zamówić kontener. Ma przyjechać 19 września.
 
Trzeci z Czwartą:)