Dysonans poznawczy

Dysonans poznawczy to mądre określenie sytuacji, w której na jeden temat dostajemy sprzeczne ze sobą informacje i głupiejemy. Tłumacząc z polskiego na nasze, dzieje się tak np. wtedy, gdy ktoś trzęsąc się z zimna, jednocześnie narzeka na upał lub gdy małżonka zapewnia nas, że wcale nie jest obrażona, ale patrząc na jej minę już wiemy, że najbliższą noc prześpimy na kanapie. 
 
Taki właśnie dysonans towarzyszy w ostatnim czasie każdemu, kto śledzi informacje gospodarcze. Najbardziej „zielony” kraj w Unii Europejskiej właśnie kończy przygotowania do uruchomienia nowej elektrowni na węgiel kamienny. W Wielkiej Brytanii rozpoczyna się budowa pierwszej od kilkudziesięciu lat nowej kopalni. Chiny, największy na świecie emitent dwutlenku węgla, zatwierdziły projekty budowy nowych elektrowni węglowych o łącznej mocy 226 GW. To więcej niż wynosi moc wszystkich elektrowni zasilanych węglem w UE. 
 
Wszystko to dzieje się w czasie, gdy media i politycy straszą nas ze wszystkich stron, że za 12 lat wyginiemy przez złowrogi dwutlenek węgla, Święta Greta od klimatu przymierzana jest do Pokojowej Nagrody Nobla, a Unia Europejska coraz bardziej naciska, aby przyjąć strategię tzw. „neutralności klimatycznej” do 2050 roku. Dla niewtajemniczonych spieszę wyjaśnić, że owa „neutralność” oznaczać będzie nie tylko konieczność likwidacji polskich kopalń i energetyki opartej na węglu. Zakazana będzie jakakolwiek produkcja przemysłowa, przy której emituje się CO2, czyli prawie cały przemysł. Podobnie jak samochody z silnikami spalinowymi, czy nawozy, dzięki którym rolnictwo jest w stanie wyprodukować tyle żywności, ile potrzebujemy, w cenie, którą jesteśmy w stanie zapłacić. To tylko część atrakcji, które chce nam zafundować Bruksela. 
 
Jak pogodzić te dwie alternatywne rzeczywistości i nie zwariować przy okazji? Wbrew pozorom bardzo prosto. Wystarczy uświadomić sobie, że w tej całej hecy z dwutlenkiem węgla nie chodzi o żaden klimat, tylko o kasę. O wielki transfer pieniędzy z kieszeni zwykłych szaraczków do kabzy biznesowo-politycznych elit. Na strachu zarobić bardzo łatwo, a na masowej histerii można zarobić najłatwiej i najwięcej. Żeby potwierdzić tę tezę, nie trzeba szukać daleko. Wystarczy spojrzeć za Odrę. Nasi zachodni sąsiedzi są absolutnymi liderami pod względem inwestycji w tzw. zieloną energię. Inwestycje te są finansowane przez społeczeństwo, które w rachunkach za prąd zrzuca się na budowę nowych wiatraków i paneli fotowoltaicznych. Co roku to ponad 30 mld euro. A kto te farmy wiatrowe buduje i zgarnia gigantyczne subwencje? Raczej nie emeryci czy pracownicy budżetówki. 
 
Interes kręci się na całego. Jednak wiatr nie zawsze wieje, a słońce świeci tylko w dzień. Nie istnieje też technologia pozwalająca na większą skalę magazynować energię wyprodukowaną przez turbiny wiatrowe i panele słoneczne. Dlatego właśnie Niemcy budują nowe elektrownie węglowe i spalają rocznie 200 mln ton węgla brunatnego, nie oglądając się na emisję CO2. Innymi słowy zanim zaczniemy martwić się, że zaleje nas woda z topniejących lodowców, warto upewnić się, czy ktoś nie próbuje nam zrobić wody z mózgu. 
 
Trzeci z Czwartą;)