Dominik Kolorz: Czym skończy się klimatyczne szaleństwo?

Komentarz Dominika Kolorza, przewodniczącego Zarządu Regionu Śląsko-Dabrowskiego NSZZ Solidarność

Szczyt klimatyczny COP24 w Katowicach powoli dobiega końca. Jednak do tej pory nie wiemy, ani w jakim kierunku zmierzają negocjacje, ani czy w ogóle zakończą się jakimś konkretem. Wciąż nie wiadomo też, co tak naprawdę Polska chce osiągnąć na tym szczycie. Wypowiedzi rządzących na ten temat są niespójne i sprzeczne. Niestety w znacznej części z nich pojawiają się tezy o odejściu od węgla i dekarbonizacji gospodarki. Tezy bardzo niepokojące.

Tak naprawdę z dotychczasowego przebiegu szczytu COP24 w Katowicach wynika jedno: w dyskusji o zmianach klimatycznych nauka została całkowicie wyparta przez ideologię. Mamy do czynienia z antywęglową krucjatą, w której jakiekolwiek merytoryczne argumenty nie mają żadnego znaczenia, a ten który ośmiela się podważać oficjalne tezy głoszone przez ONZ z automatu zostaje okrzyknięty oszołomem i wariatem. Tymczasem mitem jest, że w świecie nauki panuje konsensus w kwestii zmian klimatycznych. Oczywiście nikt rozsądny nie podważa faktu, że ocieplenie klimatu następuje, ale co do przyczyn i skutków, a w szczególności co do wpływu człowieka na ten proces zdania są podzielone. Problem w tym, że naukowców, którzy twierdzą, że człowiek nie ma większego wpływu na ocieplenie klimatu i mają na to twarde dowody w ogóle nie dopuszcza się do głosu.

Niespójny, chaotyczny przekaz
Wielkim rozczarowaniem jest również postawa rządzących prezentowana na COP24. Organizacja szczytu kosztowała polskich podatników 250 mln zł. Miał on być okazją do przedstawienia światu polskich argumentów w dyskusji o światowej polityce klimatycznej. Tymczasem przekaz rządzących jest niespójny, chaotyczny i wewnętrznie sprzeczny. Najwyżsi przedstawiciele polskich władz na akademiach barbórkowych podkreślali znaczenie węgla dla polskiej gospodarki, po czym jechali na szczyt i mówili już zupełnie co innego. Raz wskazywali, że tego węgla trzeba się pozbyć jak najszybciej, a innym razem, że musi to być proces rozłożony w czasie. Tylko w nielicznych wypowiedziach pojawiał się wątek rozwoju nowoczesnych technologii węglowych, które pozwolą temu węglowi istnieć w gospodarce nadal. Innymi słowy wypowiedzi większości polityków obozu rządzącego w mniejszym lub większym stopniu wpisują się w główny nurt obowiązujący na COP24. Nurt dekarbonizacji, odejścia od węgla, który dla naszego regionu oznacza po prostu gospodarczą śmierć, a dla polskiego społeczeństwa obniżenie poziomu życia, bo dekarbonizacja to bardzo droga energia przez całe dekady.

Puste hasła
Zgodnie z oficjalną narracją powtarzaną na COP24 niestety również przez polskich polityków, a także przedstawicieli europejskich i ogólnoświatowych federacji związków zawodowych receptą na gospodarcze i społeczne skutki dekarbonizacji ma być tzw. „sprawiedliwa transformacja”. W skrócie chodzi o to, że miejsca pracy, które stracimy w związku z likwidacją przemysłu mają zostać zrekompensowane przez miejsca pracy w nowych branżach. Ta koncepcja bardzo ładnie brzmi, ale jest niestety kompletną wydmuszką. Na pytanie o choćby ramowy program „sprawiedliwej transformacji” zawierający jakiekolwiek konkrety odpowiedź brzmi, że taki program na pewno będzie, ale nie wiadomo kiedy.

W naszym regionie mamy w żywej pamięci niezwykle trudną i bolesną transformację związaną z restrukturyzacją górnictwa na przełomie XX i XXI wieku. Wówczas również zapewniano, że na miejscu likwidowanego przemysłu ciężkiego powstaną nowe przedsiębiorstwa i stabilne, dobrze płatne miejsca pracy. Tak się jednak nie stało, a mapa naszego województwa do dziś jest pełna zdegradowanych obszarów poprzemysłowych, na których w wyniku transformacji powstały jedynie skupiska biedy, bezrobocia i społecznego wykluczenia. „Sprawiedliwa transformacja” przyniesie podobne skutki, tylko na nieporównywalnie większą skalę.

Ignorancja czy manipulacja?
Niestety o tym, co dekarbonizacja oznacza dla polskiej gospodarki i poziomu życia nas wszystkich, nie mówią ani politycy, ani dziennikarze. Przekaz mediów – zarówno publicznych, jak i prywatnych – dotyczący COP24 stoi na przerażająco niskim poziomie. Na każdym kroku emisja CO2 jest utożsamiana ze smogiem, choć to kompletnie różne rzeczy, nie mające ze sobą nic wspólnego. W telewizyjnych i radiowych studiach wypowiadają się nikomu nieznani wcześniej eksperci, którzy podają różne alarmistyczne dane wzięte z sufitu. W efekcie zwykły człowiek dochodzi do wniosku, że w tym całym szczycie chodzi o walkę ze smogiem, a każdy rozsądny człowiek tę walkę popiera. Krótko mówiąc, panuje kompletna dezinformacja. Po części wynika ona pewnie z niewiedzy i ignorancji, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że w znacznym zakresie jest to celowa manipulacja.

Osamotniona UE
Obserwując szczyt wyraźnie widać też przepaść dzielącą Unię Europejską od pozostałych dużych światowych gospodarek. Nawet jeśli przyjąć, że to rzeczywiście człowiek jest odpowiedzialny za ocieplenie klimatu, kraje emitujące najwięcej CO2, takie jak Chiny, USA, Rosja czy Indie, mają w głębokim poważaniu politykę klimatyczną i nie chcą słyszeć o żadnych redukcjach emisji. Tymczasem Unia Europejska, która jest odpowiedzialna zaledwie za 10 proc. globalnej emisji CO2 brnie w klimatyczne szaleństwo. Kosztem rujnowania własnej gospodarki i zubożenia społeczeństwa.

Pierwsze efekty widać już dziś. Powodem wybuchu protestu „żółtych kamizelek” we Francji była zapowiedź podwyższenia akcyzy na paliwa mająca podłoże właśnie w polityce klimatycznej. Jeśli Europa nie zejdzie z samobójczej drogi dekarbonizacji, podobne protesty będą coraz częstsze i coraz bardziej radykalne. Nie mam tu na myśli wyłącznie Francji.

not. Łukasz Karczmarzyk