Dawno temu, podczas ferii zimowych

Wszyscy już zapomnieli o postanowieniach noworocznych? Jeszcze paru się upiera, że się uda? Trzymam kciuki. Ale bez przekonania. Codzienność szybko redukuje optymizm do zdroworozsądkowego sceptycyzmu. Skoro nie udało się w maju, sierpniu czy październiku, rok, trzy czy pięć lat temu, to nie ma podstaw sądzić, że uda się nagle w styczniu tego roku, mimo dwóch dwudziestek w dacie.
 
Wytrwanie w postanowieniach to kwestia silnej woli, a nie magicznej daty, czy rzadko spotykanej koniunkcji ciał niebieskich. Tu nie ma przypadku, tylko ciężka praca. Jak w sporcie na najwyższym poziomie. Nawet największy talent do ponawiania kolejnych postanowień nic nie da, bez systematycznych, ciężkich ćwiczeń i czegoś, co jedni nazywają szczęściem, inni fartem, a jeszcze inni umiejętnością znalezienia się we właściwym miejscu o właściwym czasie, czyli czymś na gruncie nauki w żaden sposób niewytłumaczalnym.
 
Wielu optymistów powiedziałoby, że wśród cech ludzkich pomagających trwać w noworocznych postanowieniach zapomniałem jeszcze wymienić uporu i wiary w siebie. Otóż nie zapomniałem. Przeciwnie, doskonale pamiętam, tak jak postanowienie, że w czasie zimowej przerwy od chodzenia do szkoły, nauczę się dobrze jeździć na nartach i poprawię kondycję tak potrzebną do gry w piłkę. 
 
To było dawno, dawno temu, w czasach, kiedy w ferie zimowe wszędzie leżało mnóstwo śniegu, a tabuny dzieci jeździły na nartach lub na sankach, w piątek po ostatniej lekcji wróciłem do domu z zamiarem rozpoczęcia ferii na sportowo. Wziąłem narty i ruszyłem na pobliską górkę. Mozolnie, idąc bokiem, udeptywałem trasę, niezbyt szeroką przecinkę wśród drzew. Dwadzieścia minut wchodzenia i zjazd w mgieniu oka. No to spróbowałem po raz drugi. Fajnie, ale radość ze zjazdu zbyt krótka. Choć już zapadał zmierzch, postanowiłem, że zjadę jeszcze raz i dopiero potem wrócę do domu. Dumny ze swej wytrwałości wdrapałem się na pagórek i ruszyłem. Już na kończącej zjazd polance nie mogłem się zdecydować, czy przeskoczyć jak zwykle przez wąski rów melioracyjny, czy może jednak wyhamować przed i bezpiecznie przejść. Ułamek sekundy wewnętrznego rozdarcia i prawa narta ukwiła w rowie, a lewa pociągnęłą nogę w dalszą trasę. Przewróciłem się, lecz było już za późno. Coś chrupnęło i byłem pełen złych przeczuć, które rosły w trakcie weekendu wraz z opuchlizną kolanie. W poniedziałkowy poranek, kiedy inny dzieci wdrapywały się na udeptaną przeze mnie w piątek trasę, ja pokuśtykałem do lekarza. Dwa tygodnie ferii zimowych spędziłem w łóżku, w przerwach pomiędzy czytaniem książek, obserwując różnicę pomiędzy wielkością zwichniętego kolana, a tego zdrowego i zmieniając okłady. 
 
Czy właśnie ten feryjny epizod sprawił, że zamiast narciarzem zostałem felietonistą? Kto wie? W każdym razie, kiedy dziennikarze o narciarzach mówią lub piszą per „miłośnicy białego szaleństwa”, aż mi w kolanie strzyka. Ostrzegawczo. Zamiast pointy.
 
Jeden z Drugą;)