Czeski tornister i chiński piórnik

Dawno, dawno temu, kiedy nie było jeszcze 300+, 500+, a pomysłodawca plusów ujemnych i plusów dodatnich jeszcze nie wykonał zwrotu o 360 stopni i był bardziej znany jako posiadacz dużego długopisu z odpustu niż jako były prezydent, zostałem pierwszakiem. Nie mogłem się doczekać, kiedy założę na plecy tornister. On też czekał (nie mężczyzna z wąsem, lecz tornister, oczywiście). Już od czterech miesięcy. Zapobiegliwi rodzice załatwili owo cudo nieopodal mojej rodzinnej miejscowości, ale jednak za granicą, a konkretnie w Czechosłowackiej Republice Socjalistycznej. Piszę „załatwili” nie przez pomyłkę. To były czasy, kiedy kupowanie było nie lada wyzwaniem i to raczej nie ze względu na brak gotówki, z którą zresztą też było krucho, lecz z powodu notorycznego braku towaru. Krótko mówiąc, nawet najbogatszy nie mógł sobie ot tak czegoś kupić. Najpierw musiał sobie tę możliwość załatwić. 
 
Ale wracając do rzeczy, czyli do opisu mojego pierwszego tornistra. Otóż był on zrobiony z prawdziwej skóry. Barwiony na kolor granatowy. Z metalowymi zatrzaskami i z plastikowymi odblaskami, dzięki którym po zmierzchu posiadacz fiata, poloneza czy syrenki mógłby dostrzec, że jakiś szczyl zmierza ze szkoły do domu. Oczywiście gdyby akurat w pobliżu mnie i mojego tornistra taki automobil przejeżdżał. To się zdarzało, ale nie z taką częstotliwością jak dziś. Do owego zachwycającego tornistra rodzice załatwili u naszych południowych sąsiadów bonus w postaci wiecznego pióra Żaczek. Jak się później okazało, wieczne ono było jak przyjaźń polsko-radziecka, ale i tak lepsze niż trudno dostępne i jeszcze trudniejsze w codziennym użytkowaniu pióra naszej, krajowej produkcji.
 
Pierwszak obok tornistra i pióra powinien mieć jeszcze co? Piór – nik. Ten był dla odmiany chiński. To był wówczas hit, podobnie jak pachnące gumki z Chińskiej Republiki Ludowej, których niestety w swojej wyprawce nie posiadałem. Rodzice nabyli je drogą kupna dopiero w II półroczu, ale nie pamiętam od kogo i gdzie. Od razu spieszę też wyjaśnić żartownisiom, że chodzi o gumki do gumowania źle odtwarzanych ołówkiem linii, figur i liter, a nie o wyroby przemysłu gumowego, które kupowali dla jaj uczniowie klas dużo starszych.
 
Wyprawka szkolna to zawsze jest sporo zachodu i sporo wydatków, a bywa że i sporo załatwiania. Każdy rodzic marzy, żeby jego dziecko poszło do szkoły dobrze wyposażone i żeby porównując z rówieśnikami tornistry i ich zawartość, nie zostały od razu ustawione w grupie gorszych. Wszak powszechnie wiadomo, że dzieci potrafią być okrutne. Oczywiście są tacy, którzy dokładają starań, aby konkurentkom i konkurentom oko zbielało oraz tacy, którzy mają to wszystko w głębokim poważaniu, ale wydaje się, że choć to stosunkowo częste przypadki, to jednak skrajne. Pójście do szkoły to przekroczenie progu, przekroczenie granicy. Wysokiego progu, wyraźnej granicy. Nie tylko dla dziecka. Nie tylko dla rodziców. To wydarzenie ważne dla całej wspólnoty. Ci, którzy to rozumieją, mają też świadomość, jak ważne jest bezpłatne szkolnictwo, jak istotny jest drobny, ale zarazem bardzo znaczący gest w postaci rządowego programu dofinansowania wyprawek szkolnych dla dzieci. Gest pokazujący, jakie są priorytety wspólnoty. Jest jeszcze jedna ważna rzecz, która od lat przez państwo polskie nie jest rozwiązana w sposób należyty – dobrze przygotowani do swojej roli i dobrze wynagradzani nauczyciele. Ale to temat na odrębną opowieść.
 
Jeden z Drugą:)
żródło foto:commons.wikimedia.org/public_domain