Co Polacy kochają?

"Polacy zachwycili się apartamentami o powierzchni 17 m kw”, ewentualnie „Te crossovery Polacy wykupują na pniu” lub „Polacy pokochali samochody hybrydowe. Sprzedaż ostro w górę”. Na początku te nagłówki na portalach internetowych mnie śmieszyły. Teraz już głównie irytują. – Czytelniku, skończony idioto, a w to uwierzysz? – zdaje się bezczelnie pytać autor takiego nagłówka. I z przykrością muszę przyznać, że przypuszczalnie jakaś część czytelników nie czuje się obrażana i wierzy. Tego typu nagłówków i artykułów pełno jest na portalach, co świadczy o tym, że ten ordynarny chwyt marketingowy działa.
 
Zdrowy rozsądek podpowiada, że nikt nie chciałby się gnieździć na 17 metrach kwadratowych i w dodatku nazywać tę klitkę apartamentem. I jeśli ludzie faktycznie owe „apartamenty” kupują, to tylko dlatego, że nie mają wyjścia. Gdzieś muszą mieszkać, a na więcej ich nie stać. A już pisanie, że się tym zachwycają, to bezczelne kłamstwo. Jeśli ktoś się zachwyca, to tylko i wyłącznie deweloperzy, którzy mogą bezkarnie i za kosmiczne pieniądze coś takiego Polakom wciskać. Z tymi crossoverami i hybrydami, po które podobno w salonach ustawiają się kolejki to też jawna kpina. Pamiętam zresztą tytuły mówiące, że „Polacy nie chcą kupować nowych samochodów. Kochają używane auta”. Każdy wie, że gdyby faktycznie autor chciał chociaż spróbować oddać w nagłówku tekstu rzeczywistość, to tytuł brzmiałby tak: „Polaków nie stać na nowe samochody. Muszą kupować używane, najczęściej z importu”. No, ale kto by wtedy dalej czytał, przecież to jasne. Tytuł powinien być intrygujący. Nieważne, że głupi i kłamliwy. A jeśli ktoś się daje na ten lep złapać, brnie dalej i naraża się na utratę kontaktu z rzeczywistością. Zaczyna się zastanawiać, czy nie biorąc kredytu na kupno 17-metrowego apartamentu i crossovera, przypadkiem nie przegrał życia. Bo skoro inni Polacy pokochali i kupują na pniu, a on nie, to widocznie jest jakiś gorszy, odstaje, trafi na margines.
 
Ostatnio obok nagłówków kuszących zdaniem, że Polacy coś tam pokochali, pojawiły się nowe, mówiące, że Polacy są na coś wściekli. W dalszej części tekstu jest takie samo robienie wody z mózgu, ale tytuł trafia do tych, którzy kochają narzekać, że Polacy kochają narzekać. Ostatnio widziałem taki oto nagłówek: „Polacy wściekli na kolejki w kasach supermarketów. Wolą kasy samoobsługowe”. Jakież to sprytne. Jest jasne, że nikt nie lubi stać w kolejkach i chciałby być zawsze pierwszy przy kasie. Ale po lekturze pierwszych zdań tekstu, staje się jasne, że mamy do czynienia z tekstem inspirowanym. Po co właściciel interesu ma płacić wypłatę kasjerkom? Najlepiej zwolnić trzy czwarte, wstawić automaty i niech się klienci z maszynami sami męczą.
 
Zerknąłem na komentarze pod tekstem i przyznam, że byłem pozytywnie zaskoczony. Znaczna grupa czytelników postanowiła wykpić i tytuł, i tekst, i intencje inspirującego ów „artykuł prasowy”. Na przykład w jednym z komentarzy czytelnik zaproponował, aby sieci handlowe poszły jeszcze dalej i zaoferowały klientom możliwość samodzielnego ściągania palet z towarem z ciężarówek, wtedy jeszcze bardziej można będzie obciąć zatrudnienie w sklepie. I oczywiście napisać tekst o tym, że klienci supermarketów pokochali rozładowywanie ciężarówek z towarem. Najbardziej spodobał mi się jednak komentarz innego czytelnika, którego przypuszczalnie tak samo jak mnie irytuje tego typu propaganda. Napisał tak: „Aha, Polacy kochają kasy samoobsługowe. Podobnie jak Etiopczycy kochają nie dojadać”.
 
Jeden z Drugą;)