Centrum sterowania

Przyznam szczerze, że kompletnie nie rozumiem fenomenu tzw. mediów społecznościowych, choć sam z nich korzystam. Nie wiem, skąd w ludziach bierze się ta nieodparta potrzeba wrzucania na swoją „ścianę” setek „selfików”, zdjęć posiłków, które właśnie zamierzają zjeść czy opisów miejsc, w których właśnie się znajdują. Równie niezrozumiała jest dla mnie druga strona tej społecznościowej komunikacji, czyli ciągła potrzeba oglądania, lajkowania i komentowania wszystkich szczegółów z codziennego życia innych ludzi, których w mediach społecznościowych określa się terminem „znajomi”.
 
Jednak to nie potrzeba ciągłej wymiany tych wszystkich zupełnie nieprzydatnych do niczego oraz, co tu dużo mówić, nieciekawych informacji dziwi mnie najbardziej. Jeszcze większe zdumienie budzi we mnie to, z jakim zapałem i lekkomyślnością ludzie pozbywają się własnej prywatności i zupełnie za darmo zdradzają, często bardzo intymne, szczegóły z życia swojego i swoich najbliższych. Zdradzają i to nie tylko swoim „znajomym” ale również... no właśnie, komu? Daję głowę, że nie macie zielonego pojęcia. Nie wiecie, bo, żeby się dowiedzieć, musielibyście przeczytać te wszystkie opasłe regulaminy oraz „zasady polityki prywatności” serwisów społecznościowych, a tego nie zrobiliście na pewno. Prawda? 
 
Wcale się Wam nie dziwię, bo przebrnięcie przez tę mieszaninę prawniczego bełkotu z marketingowymi bredniami jest nie lada wyzwaniem. Oto próbka pochodząca z jednego z serwisów społecznościowych: „Dajemy Ci możliwość dzielenia się informacjami, wypełniając naszą misję budowania otwartego świata i ułatwiania komunikacji.” Potem następuje kilkadziesiąt stron mętnych tłumaczeń i odsyłaczy do kolejnych podstron i działów. Wszystko to jest skonstruowane w taki sposób, abyś jak najmniej z tego zrozumiał, ale jednocześnie utwierdził się w przekonaniu, że twoje dane są absolutnie bezpieczne, a nawet jeżeli nie są, to przecież chodzi o „misję budowania otwartego świata”, więc nie marudź. Ja się zawziąłem i przeczytałem do końca. Przyznam szczerze, że z każdym akapitem włosy coraz bardziej jeżyły mi się na głowie. Skalę tego, ile danych o nas zbierają serwisy społecznościowe obrazuje historia pewnego Austriaka, który kilka lat temu procesował się z jednym z serwisów społecznościowych, żądając, aby ten przekazał mu wszystkie zgromadzone o nim informacje. Proces wygrał i otrzymał dokument liczący ponad 1000 stron.
 
Kilka dni temu założyciel pewnego portalu społecznościowego (wiecie, o jaki chodzi, więc wymienianie nazwy nie ma sensu) został wezwany na przesłuchanie do amerykańskiego Kongresu w związku z tym, że jego serwis sprzedał dane milionów użytkowników firmie, która potem wykorzystała je do manipulowania opinią publiczną przed wyborami prezydenckimi w USA. Ów założyciel serwisu społecznościowego przyznał się do wszystkiego i grzecznie przeprosił. Nie oznacza to jednak, że przestanie handlować danymi użytkowników. Dlaczego miałby to robić? Przecież wszyscy się na ten handel ochoczo zgadzamy, akceptując regulaminy i „zasady polityki prywatności” bez czytania. 
 
Miłośnicy spiskowej teorii dziejów są przekonani o tym, że gdzieś znajduje się tajne centrum sterowania światem, które bez naszej wiedzy i zgody kieruje naszym życiem. Tymczasem owo centrum wcale nie pozostaje w ukryciu. Każdy jest do niego podłączony w swoim telefonie i to na własne życzenie.
 
Trzeci z Czwartą;)