Cenna lekcja

16 kwietnia 2018 roku, po wieloletniej odsiadce, wyszedł na wolność niejaki Steve Comisar. Pan Steve, a po naszemu Stefan, trafił do pudła za serie oszustw dokonanych w latach 80. ubiegłego wieku w Los Angeles. Na pierwszy rzut oka nic nadzwyczajnego, historia jakich wiele. Jednak kreatywność pana Stefana warta jest odnotowania. Otóż ów jegomość, korzystając z naiwności mieszkańców Kalifornii oraz powszechnej mody na wszelkiego rodzaju nowinki, sprzedawał korespondencyjnie „zasilane słonecznie suszarki do ubrań”. Gdy chętni – a było ich niemało – przelewali na konto pana Comisara 50 $, ten przesyłał im najzwyklejszy w świecie sznur do bielizny. Kara, która spotkała pana Stefana za jego nikczemny, ale jednocześnie przezabawny proceder, była w mojej ocenie zdecydowanie za wysoka.

Gdy człowiek wyśmieje się już z naiwności Amerykanów i pomysłowości oszusta, który ich bezczelnie nabrał, dochodzi do wniosku, że Steve Comisar zrobił więcej dobrego niż złego. Dał ludziom lekcję, wartą znacznie więcej niż 50 $, które zapłacili za kawałek sznurka. Lekcję, z której i my możemy skorzystać, i to zupełnie za darmo.

Wystarczy włączyć telewizor i poczekać (niezbyt długo) na dowolny blok reklamowy. A tam sprytny syropek na kaszel, który po przełknięciu zamiast do żołądka spływa do płuc, inteligentne pigułki na odchudzanie sprawiające, że tłuszcz z jedzenia zamiast ulegać trawieniu znika w magiczny sposób i absolutnie niezbędny do przeżycia magnez o wysokiej bioretencji, cokolwiek to oznacza. Do tego auto, dzięki któremu stojąc w korkach, będziesz się bawił jak w wesołym miasteczku oraz konto w banku, które pozwoli ci zarobić na to auto i nowiutki dom za miastem, jeśli będziesz odkładał dychę miesięcznie. Brzmi głupio, ale działa. Rynek suplementów diety, czyli tych wszystkich magicznych syropków, pastylek i kropelek przekroczył w ubiegłym roku w naszym kraju 4 mld zł, a zyski banków 13,6 mld zł.

Możesz nie oglądać reklam, ale jeść coś trzeba, więc i zakupy od czasu do czasu to konieczność. A w sklepie płatki kukurydziane z wielkim, kolorowym napisem „bez glutenu” dwa razy droższe od tych zwykłych. Gluten w kukurydzy nie występuję, więc te zwykłe też go nie zawierają, no ale wydrukowanie kolorowego napisu też kosztuje. Na dziale mięsnym wędliny, w których składzie mięso jest w zdecydowanej mniejszości, bez szans na wejście do koalicji rządzącej. Cena oczywiście za 100 g, nie za kilogram. Po to, żebyś zamiast banknotów widział monety, a zamiast złotówek, grosze po przecinku. Dla odważnych dział ze zdrową żywnością, gdzie wszystko jest bio i eko. Raz widziałem tam nawet „organiczne czipsy z jarmużu”, czyli innymi słowy wysuszone liście zielska podobnego do sałaty, w cenie kilkudziesięciu zł za niewielką paczuszkę.

Oczywiście możesz się wycwanić – warzywa kupować u baby na targu, a mięso u lokalnego rzeźnika, o ile w Twojej okolicy jakiś jeszcze się uchował. Wówczas wrócisz do domu zadowolony, z przeświadczeniem, że tym razem nie dałeś się nabrać. Będziesz mógł zasiąść wygodnie w fotelu i rozmyślać o obiecanej ci niegdyś emeryturze pod palmami, za którą zapłaciłeś znacznie więcej niż 50 $.

Trzeci z czwartą;)