Bieszczadzki chleb

Nudny ten sezon ogórkowy straszliwie. Pyton tygrysi mnie nie rozbawił, sinice mnie nudzą, błyskawiczny awans Legii do Ligi Europejskiej nie był zaskoczeniem. Kiedyś, „somsiedzie”, były takie tematy ogórkowe, że cała Polska nimi żyła. A tera, nic. Nuda. Brak akcji. W tabloidach z rozpaczy jakieś zdjęcia trzecioligowych celebrytów na wakacjach. Że wypoczywają to tu, to tam. A ja już po urlopie. To może o tym skrobnę parę zdań. 
 
Otóż w połowie lipca, a dokładnie w połowie pierwszej połowy tego miesiąca, postanowiłem rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady. Prawdę mówiąc na tydzień tylko, ale jednak w Bieszczady. Już raz tam byłem. 29 lat temu przemierzałem połoniny ze szkolną wycieczką. To było jakieś dwa tygodnie przed pierwszymi po wojnie częściowo wolnymi wyborami. Miałem wówczas wrażenie, że tam czas biegnie inaczej. Znacznie, znacznie wolniej. Że tam nie dotarły nawet lata 70-te. 
 
We wsi, w której nocowaliśmy, wpadliśmy do sklepu. Niewiele w nim było, ale był świeży chleb. Ogromne, okrągłe i pachnące bochny. Wycieczka wiecznie głodnych nastolatków nie mogła temu widokowi się oprzeć, kupowaliśmy po całym bochenku, niektórzy po dwa. Krótko po tym, jak wróciliśmy do ośrodka wypoczynkowego, przyszła do nas ze wsi delegacja zrozpaczonych autochtonów z prośbą, abyśmy zwrócili choć część bochenków do sklepu. Jak się okazało, chleb dostarczono do tej placówki tylko dwa razy w tygodniu – w środę i w sobotę. 
 
I myśmy, nieświadomie, wykupili większość środowej dostawy, pozbawiając tubylców chleba powszedniego na pół tygodnia. Byliśmy zdumieni. Jako dzieci wychowane w latach 80-tych, doskonale pamiętaliśmy czas, gdy w sklepach wszystkiego brakowało, ale chleb był. Może nie taki smaczny, jak te okrągłe bieszczadzkie bochny, ale jednak był. Ten brak chleba w Bieszczadach był dla nas mocno egzotycznym doświadczeniem. Nasz nauczyciel i wychowawca stanął na wysokości zadania. Na jego polecenie ci koledzy, którzy oparli się pokusie nadgryzienia świeżej i chrupiącej skórki, oddali bochenki do sklepu, a głodomory, które zatopiły zęby w chlebie, podzieliły się z kolegami nie nadgryzionymi częściami bochenków. Solidarnie jakoś przetrwaliśmy do obiadu następnego dnia. Co bardziej oszczędni i zapobiegliwi mieli ten chleb do końca trzydniowej wycieczki. Ostatniego dnia pachniał i smakował tak samo jak pierwszego, a nawet lepiej. I do dziś nie wiem, czy rzeczywiście był jakoś inaczej zrobiony i upieczony, czy też świadomość, że jest tak cenny, sprawiała, że czuło się niebo w gębie nawet na trzeci dzień.
 
Z tamtej wycieczki zapamiętałem morze traw na połoninach, dzicz, pustą niezabudowaną niczym przestrzeń, jakże różną od Beskidów i innych polskich gór oraz ten chleb właśnie. Powszedni, choć dostarczany do sklepu tylko dwa razy w tygodniu. No i jeszcze widok na Związek Radziecki z jednej i Czechosłowację z drugiej strony. Nawet do głowy nikomu wówczas nie przychodziło, że wkrótce będą tam dwa niepodległe państwa – Słowacja i Ukraina.
 
A z tych wakacji co zapamiętałem? To trudne pytanie. Bieszczady się zmieniły. Bardzo. Na połoninach bywa tłumnie. Chleb powszedni jest dostępny codziennie, różne gatunki. Są bułki, bułeczki, rogale. Niczego nie brakuje. Ale wciąż są to góry inne niż wszystkie. I wciąż pełne takich miejsc, które uzasadniają sens marzenia o rzuceniu wszystkiego i wyjeździe w Bieszczady. Na stałe.
 
Jeden z Drugą:)
źródło foto: pixabay.com/CC0