30 lat na to czekaliśmy

Po raz pierwszy od początku transformacji, pierwszy raz od 30 lat rząd zaproponował taki budżet. Ma wydać tyle, ile zarobi, a nie zadłużać się. Przeciętnemu Jednemu z Drugą wydaje się, że to dobry projekt, a nawet bardzo dobry. Każdy wie, że na dłuższą metę nie da się żyć wydając więcej, niż się zarabia. Ale są ekonomiści, którzy powiedzą, że w przypadku budżetu państwa ta zasada nie jest taka oczywista, że zarządzanie budżetem państwa to skomplikowana sprawa i oczywiste oczywistości nie działają tak, jak w przypadku przeciętnego gospodarstwa domowego. Czyżby?
 
Są gospodarstwa domowe, które żyją na minusie latami, które dawno wpadły w pętlę zadłużenia i chwilówek, ale nie jest to życie, o którym marzyli. Przeciwnie zadłużenie to smutna konieczność, której czasami nie da się uniknąć, a czasami to efekt nieroztropności, a jednocześnie to stan, z którego chcielibyśmy jak najszybciej wyjść. Wydawać tyle ile się zarabia, a nie więcej to marzenie wielu, a jeszcze większym marzeniem jest zarabiać tle, aby móc mieć i powiększać oszczędności.
 
To, że Polska ma w końcu budżet zakładający, że na koniec roku wyjdziemy na zero, to z jednej strony radosna wiadomość, a z drugiej strony powód do refleksji, dlaczego aż 30 lat musieliśmy na taki budżet czekać? Co jest z nami nie tak? Gdy będziemy sobie umieli odpowiedzieć na te pytania, może za parę lat uda się zbudować budżet, który będzie zakładał na koniec roku nadwyżkę i uda się ją uzyskać. Takie założenia muszą sobie stawiać autorzy domowych budżetów, co roku od 30 lat. Wyjście na zero to minimum, bo inaczej może być bardzo ciężko. Jasne jest, że tzw. zrównoważony budżet nie oznacza, że starcza na wszystko. Oznacza jedynie, że zakładamy, iż jakieś zadanie, jakieś dobro będzie nas kosztować 1000 zł, a nie że będziemy zmuszeni wydać np. 1200 zł, albo więcej i to brakujące 200 zł trzeba będzie pożyczyć i oddać 300 zł. I że wtedy, trzeba będzie z czegoś innego zrezygnować. 
 
Po co piszę te wszystkie oczywistości? Bo nie rozumiem, dlaczego przez 30 lat ludzie z pewnością mądrzejsi ode mnie tych oczywistości nie rozumieli. Chyba, że w ich interesie było tego nie rozumieć. Ale to źle świadczy o nas, że tak dawaliśmy się nabierać, wmawiać sobie, iż 2+2 to maksymalnie może być 2 i pół, bo pozostałe półtora to prowizja dla speców od wyższej matematyki i wyższej ekonomii, że tak to się liczy w całej postępowej Europie i już.
 
Jeden z Drugą:)